© 2017 by Proudly created with Wix.com 

Alibi

 

Po czterech latach śledztwa wciąż nie udowodniono, że znana chirurg plastyk przyczyniła się do zgonu swojej pacjentki. Stała się za to drugą po niej ofiarą do dziś nie wyjaśnionej śmierci.

 

Tamtego ranka Basia leżała w sypialni. Rozmyte ślady krwi wędrowały po łóżku. Ręce kobiety zastygły w powietrzu, zwrócone ku sobie, jakby coś przytulała. Poduszkę? Kołdrę? Jej dokładnie umalowana twarz kontrastowała z plamami na całym ciele. Czas zatrzymał się w tej sypialni w środku nocy. Nagle. O drugiej, może trzeciej. Był 2 listopada 2008 roku.

 

Pośladki

 

Dwa dni wcześniej Basia przyszła na zabieg do Dr Stelczyk Clinic – znanej wrocławskiej kliniki chirurgii plastycznej. Rodzaj zabiegu: ostrzyknięcie pośladków kwasem hialuronowym.

– Drobna, nieduża kobietka. Odwiedzała moją klinikę od ośmiu lat – wspomina lekarz operujący, dr n. med. specjalista chirurgii plastycznej Katarzyna Stelczyk. Właścicielka kliniki. – Tamtym razem tak schudła, że ledwo ją poznałam. Chciała więc mieć ładną, bardziej jędrną pupę. Początkowo odmówiłam jej operacji, bo nalegała na implanty. Żaden z lekarzy (a pytała kilku) nie podjął się tego, i słusznie. Pośladki to okolica tak zwana brudna. W prywatnej praktyce unika się tego typu zabiegów, bo wiążą się z dużym ryzykiem.

Jak weszła nowa metoda bez inwazyjnego powiększania kwasem hialuronowym - zabieg prosty, łatwy i nie niosący wielkiego ryzyka – Basia zadzwoniła do Katarzyny ponownie.

- Sprawdzę metodę i jak uznam, że jest dobra, po czym się jej nauczę, to wrócimy do rozmowy – obiecała lekarka. I zdobyła odpowiednie certyfikaty w Hiszpanii, Szwecji, Bydgoszczy i Warszawie. - Byłam wtedy jednym z zaledwie jedenastu ekspertów tak zwanej metody Macrolane na całą Polskę – mówi Katarzyna. Powiedziałam pacjentce, że jej pomogę. Zabieg trwał około 20 minut. Przebieg gładki, w znieczuleniu miejscowym.

Lekarce towarzyszyli anestezjolog i dwie pielęgniarki.

Pielęgniarka 1: - Pani Basia przyjechała do szpitala 31 października, około 15.30. Doktor obejrzała wyniki badań, które jej zleciła, a że były dobre - zakwalifikowała do zabiegu. Przez maleńkie nacięcia w górnych częściach pośladków cieniutką kaniulą (czyli rurką o średnicy ok. 1,5 mm) wprowadziła po 50 ml preparatu. Pacjentka cały czas była przytomna i tego samego dnia wróciła do domu.

Pielęgniarka 2: - Dzień później była na kontroli. Doktor obejrzała ją i ochrzaniła, że ma na sobie zbyt obcisłe spodnie, a po takim zabiegu nie można. Pacjentka czuła się dobrze, na nic nie narzekała. Jeden pośladek był lekko tkliwy, więc doktor na wszelki wypadek zapisała przeciwbólowo ketonal.

 

Był 1 listopada 2008 roku. Gdy dzień się skończył Basia została Marią Barbarą W.

 

Miała 52 lata i można powiedzieć, że była zamożna. Duży dom z ogrodem w podwrocławskich Pawłowicach, czwórka dzieci. I firma B., której była udziałowcem, a prezesował jej on – Janusz W. Mąż. Krępy, łysiejący, o szerokiej twarzy i wyglądzie emerytowanego ochroniarza nocnego klubu. Starszy od niej o 3 lata. Firma B., sponsor Osiedlowego Klubu Sportowego „Orzeł Pawłowice”, specjalizuje się w przetwórstwie tworzyw sztucznych i do dziś prężnie rozwija.

Maria W. z pozoru wyglądała na szczęśliwą: uśmiechnięta, dobrze ubrana, zadbana. I atrakcyjna. Poprawiała urodę u Katarzyny Stelczyk od 2000 roku. Zdejmowała skórę z twarzy, żeby pozbyć się zmarszczek (tak zwany peeling chemiczny), powiększała piersi. Była zresztą pacjentką kilku klinik chirurgii plastycznej. Wiadomo, że zoperowała brzuch i zrobiła makijaż permanentny wokół ust i na powiekach (które też skorygowała). Początkowo nikt nie wiedział, dlaczego to robiła.

- Szalenie ciepła i otwarta osoba – wspomina Katarzyna. - Odwiedzała nas często. I to nie tylko po to, żeby się zoperować. Na przykład przyjeżdżała pod pretekstem przywiezienia swojskiej kiełbasy dla mojego anestezjologa. Albo po prostu - żeby się wygadać. Miałam wrażenie, że bardzo potrzebuje kontaktu.

Do tego stopnia, że spytała lekarkę któregoś razu: - Czy ja mogę się do pani tak po prostu przytulić? I przylgnęła, jak dziecko potrzebujące pocieszenia.

- Nie miała dobrych stosunków z najstarszymi dziećmi, synem i córką – mówi anonimowo jeden ze znajomych Marii W. – Przynosili jej wiele trosk. Syn dostał zarzuty za pobicie ze skutkiem śmiertelnym, a córka jadąc samochodem po alkoholu zabiła człowieka. 

 

O tym, że Maria W. nie żyje Katarzyna Stelczyk dowiedziała się nagle. Dzwonek, do kliniki wchodzi dwóch facetów ubranych po cywilnemu: dzień dobry, policja, blacha, my po dokumenty. Pani pacjentka, która operowała się u pani, nie żyje. Nie wiemy co się stało.

Katarzyna: - Byłam w szoku. Myślałam, że może jakiś nieszczęśliwy wypadek. Zrobiłam ksero dokumentów, wzięłam potwierdzenie, że je wydałam i tyle.

 

Piersi

 

Katarzyna Stelczyk, energiczna, pewna siebie i piekielnie zdolna chirurg prowadziła prywatną praktykę od 1990 roku. Często występowała w mediach jako ekspert, operowała gwiazdy estrady, mediów i polityki. Markę swojej kliniki budowała przez dwadzieścia lat.

- Byłam dla kolegów po fachu twardą, agresywną konkurencją – wspomina. – Bardzo dużo inwestowałam w naukę. Zdobywałam doświadczenie w wielu krajach, m. in. u światowej sławy chirurga plastyka prof. Iwo Pitanguy w Rio de Janeiro (Brazylia).

Dziennie klinikę Iwo odwiedza od dwustu do trzystu osób. W Brazylii ludzie operują się średnio 3-4 razy w życiu. Katarzyna opanowała tam m. in. wyjątkową metodę powiększania piersi, gdzie protezę wkłada się przez niewielkie nacięcia pod pachami, a blizny pozostają niewidoczne. Chirurgia plastyczna, w której do dziś dominują mężczyźni, to zawód dla bardzo twardych ludzi. Ciągle w stresie, poddani emocjonalnym opiniom pacjentów, nie mogą pozwolić sobie na błędy. O Katarzynie koledzy po fachu mówili różnie. 

Henryk Knakiewicz, chirurg plastyk: - Ci, od których była lepsza, zazwyczaj nie wypowiadali się dobrze. Takie jest to środowisko. Ale ja obiektywnie stwierdzam, że operowała ładnie i poprawnie. Po wielu moich kolegach po fachu poprawiałem nieudane zabiegi, ale po doktor Stelczyk – nigdy.

Twardy charakter Katarzyna odziedziczyła po ojcu, też chirurgu:

- Mawiał zawsze: im więcej potu na ćwiczeniach tym mniej krwi w boju. Miałam w domu wysoko postawioną poprzeczkę.

Studia medyczne skończyła z wyróżnieniem, nagrodą premiera, a potem za całokształt pracy zawodowej i działalność charytatywną dostała Srebrny Krzyż zasługi. Prezydent Aleksander Kwaśniewski w ten sposób dostrzegł, że pomagała czterem domom dziecka, ludziom po wypadkach, poparzeniach, pogryzieniach, chorobach nowotworowych i innych życiowych kataklizmach.

Kiedy Maria W. poprawiała się w Dr Stelczyk Clinic, Katarzyna przeprowadzała miesięcznie po 30 operacji piersi. Łatwo rozpoznawała „swoje cycki” na ulicy. Biust Marii po czwórce dzieci stracił na atrakcyjności. Umówiła się więc z lekarką na korektę. Wszystko przebiegło bez żadnych problemów. Ale pacjentka zadała pytanie, które wywołało konsternację:

- Pani doktor, czy mogłabym tak wymyślić, że miałam raka i dlatego przeszłam operację?

Maria nie wiadomo czemu nie chciała przyznać się przed rodziną, że powiększyła biust z przyczyn estetycznych. Kilka tygodni później przyszła do gabinetu Katarzyny i wprawiła cały personel medyczny w osłupienie.

- Była potężnie posiniaczona, począwszy od lewego oka i ucha, poprzez szyję, twarz, po piersi i plecy – wspomina Katarzyna. - Przyznała się, że pobił ją mąż. I wystraszona pytała, czy to wpłynie na wygląd piersi.

- Za takiego człowieka wyszłam za mąż i z takim żyję – mówiła z płaczem lekarzom.

Katarzyna: - Zrobiliśmy krótką naradę i poradziliśmy jej, żeby pojechała na obdukcję. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaka będzie jej decyzja.

 

Już po śmierci Marii W. jedna z osób jej znajomych potwierdzi, że obdukcję z pobicia widziała w 2007 roku

 

Powieki

 

Koleżanka Marii W. (anonimowo, wystraszona): - Basia straciła dziecko, będąc w zaawansowanej ciąży. Bo mąż ją pobił.

Katarzyna Stelczyk: - Okazało się, że bił ją też w miejsca operowane. 

Kiedy dowiedział się, że poprawiła powieki – dostała po oczach. Jeden z wrocławskich chirurgów, u którego się operowała, musiał zszywać ją jeszcze raz. Podobnie było z włosami. Przedłużyła. Mąż wyrwał wszystkie. niedzielę lubiła chodzić na żużel. Zazwyczaj bywali razem, ale tamtego dnia Janusz W. chciał pojechać sam.

Koleżanka: - Basia była uparta. Wsiadła w swój samochód i pojawiła się na tym żużlu. Zobaczyła jego kumpli z różnymi przyjaciółkami (bo żaden nie był z żoną). Stary, co twoja Baśka tu robi?! Jak wrócił do domu, czekał na nią, i na trawniku, pod domem wyrwał jej prawie wszystkie włosy. Tak ją zlał.

 

Przy każdym zabiegu na karcie pacjenta w punkcie „dyskrecja” Maria W. zaznaczała: informacje przekazywać tylko jej.

Wspomina Olga Bigałowska, właścicielka Rezydencji Parkowa we Wrocławiu:

- Basia (tak mi się przedstawiła) mieszkała u mnie przez 10 dni po zabiegu głębokiego peelingu twarzy. Ponieważ po tym peelingu twarz wygląda, jakby była poparzona, przynosiłam jej jedzenie do pokoju. Dość szybko przeszłyśmy na „ty”. Była szalenie kontaktowa. Bardzo szczerze opowiadała o swoim życiu. Mówiła, że mąż ją bije. Kopał ją. Pokazywała siniaki. Bała się wracać do domu, bo twarz jeszcze się nie wygoiła. Wymyśliłam wówczas, żeby powiedziała, że przesadziła z solarium. Żaliła się, że on ma kochanki. Może dlatego robiła te operacje?

Maria W. zdradziła Oldze również, że dobrze ukryła obdukcje lekarskie, które robiła po mężowskich rękoczynach. 

Koleżanka: - Poradziłam jej, żeby ły schowała w sejfie. A kopie, mówiłam, połóż tak, żeby on je widział. Nie martw się. Jak to zobaczy to się powstrzyma.

 

Wczesnym rankiem 2 listopada 2008 roku mąż wezwie pogotowie, które uzna, że zgon Marii Barbary W. nie nastąpił z przyczyn naturalnych. Na miejsce przyjadą więc policja i prokurator.

- Żona dwa dni wcześniej przeszła operację powiększenia pośladków u dr Stelczyk – wyjaśni temu ostatniemu Janusz W. I doda, że kiedy żona zmarła, tylko on był w domu. A zmarła, bo – jego zdaniem - zabieg źle wykonano.

Katarzyna Stelczyk: - Mąż nie mógł nic wiedzieć o tym zabiegu. Maria W. nigdy nie mówiła rodzinie o swoich operacjach. Proponowałam, że odwiedzę ją w domu, żeby nie musiała przyjeżdżać na kontrolę, ale kategorycznie odmówiła. Nie chciała nawet wracać taksówką. 

Odpowiedź na pytanie, skąd Janusz W. wiedział o zoperowanych pośladkach Maria zabierze już na zawsze ze sobą. Prokurator (choć powinien) nie wezwie więc medyka sądowego i nie zleci policji (choć powinien) dokładnego zabezpieczenia śladów na wypadek zabójstwa. Pójdzie tropem tezy o winie lekarki i będzie chciał przez następne cztery lata zdobyć na to dowody.

 

Winna

 

- Ty suko, zabiłaś kobietę i jeszcze chodzisz na wolności? – usłyszy Katarzyna niebawem. W sklepie, na ulicy... W internecie pojawią się komentarze:„zoperowała mnie źle, ale dziękuję Bogu, że w ogóle żyję”. Tezy prokuratora przedostaną się do prasy. Serwisy informacyjne:

- Znana lekarka aresztowana za spowodowanie śmierci pacjentki!

A Katarzyna siedziała we własnej kuchni, i nie mogła uwierzyć, że jest jednocześnie i tu, i w więzieniu. Wytykana palcami, zaszczuta przez media, które wydały wyrok: winna.

Katarzyna Stelczyk: - Niektórzy przychodzili do kliniki, żeby mi ubliżać. Pamiętam mężczyznę, który przyszedł ze swoją żoną i mówi:

- Zabiła pani kobietę i śmiała operować moją żonę?! Jak pani mogła narazić ją na utratę życia!

Z tygodnia na tydzień ruch w klinice zamierał. Bo kto oskarżonego o gwałt zatrudni w przedszkolu?

Olga Bigałowska, która w swojej rezydencji gościła wielokrotnie pacjentów dr Stelczyk w pierwszej chwili z doniesień prasy nie zrozumiała, jak to możliwe, że znana lekarka zabiła pacjentkę.

- A już w ogóle do mnie nie dotarło, że chodzi o Basię. Pisano przecież Maria W. i to mnie zmyliło. Przebywało u mnie wielu pacjentów pani Stelczyk i wszyscy byli z operacji zadowoleni. Ona bardzo dbała o każdego. Non stop przyjeżdżała, albo robił to inny lekarz, czy pielęgniarki. Pacjenci byli pod stałą opieką. Z czasem było ich coraz mniej.

Na początku 2009 roku prokurator Jolanta Wawryk, prowadząca postępowanie, zwróciła się do jedenastu zakładów medycyny sądowej w Polsce z prośbą o wydanie opinii w sprawie przyczyn śmierci Marii W. I pytaniem, czy istnieje bezpośredni związek między śmiercią kobiety, a zabiegiem ujędrniania pośladków. Trzy zakłady zgodziły się zaopiniować, reszta odmówiła. W tym Uniwersytet Jagielloński, podkreślając, że nie może wydać opinii, skoro nie jest znana przyczyna zgonu. Najpierw należy ją określić. 

Biegły Zakładu Medycyny Sądowej z Wrocławia, który dwa dni po śmierci Marii W. przeprowadził sekcję zwłok, uznał, że śmierć ta nastąpiła nagle, ale wykluczył jej podstawowe symptomy, takie jak zawał, zator, zakrzep, udar, wstrząs czy posocznicę. Ponieważ badania laboratoryjne nie pozwoliły na ustalenie przyczyn zgonu, biegły zwrócił się dwukrotnie do prokuratury z prośbą o wgląd do akt sprawy. Chciał przyjrzeć się dokumentacji medycznej z ostatniego zabiegu w Dr Steczyk Clinic, i zapoznać z okolicznościami śmierci Marii W.  Za każdym razem prokurator odmawiał.

 

Pytanie, dlaczego Maria W. zmarła, pozostało więc bez odpowiedzi.

 

Inne zdanie na ten temat miała rodzina zmarłej, obarczając winą lekarkę. Wszyscy (mąż i czwórka dzieci) opisali ostatnie godziny Marii W. tak, jakby miała objawy zatorowości:

- Mama (żona) narzekała na ból nóg, puchły jej, nie mogła chodzić. Mówiła, że źle się czuje. Odczuwała trudności z oddychaniem. 1 listopada nie poszła z nami na cmentarz, bo nie miała siły. Nigdy się to wcześniej nie zdarzyło, bo zawsze odwiedzała grób rodziców. Kolację zjadła w łóżku.

Koleżanka: - Maria zmarła, bo zabieg ujędrniania pośladków został źle przeprowadzony.

A za chwilę:

- Nie wiem, co tak naprawdę spowodowało jej śmierć.

Koleżanka2 zobaczyła Basię na policyjnych zdjęciach, okazanych przez prokuratora.

- Lżała w łóżku, w swoim pokoju, miała na sobie taki ładny, łososiowy peniuarek z falbankami. Poduszki poukładane i kapciuszki przy łóżku ustawione równo. Pomyślałam: ona nie mogła cierpieć, bo tak ładnie śpi...

 

Kulisy oskarżenia

 

Akta sprawy nie trafiły już do żadnego z trzech Zakładów Medycyny Sądowej, które zgodziły się wydać opinię. Prokurator bowiem zamiast do zespołu biegłych zwrócił się o jej wydanie do Rudolfa Durysa - lekarza medycyny z aresztu śledczego w... Kożuchowie (lubuskie).

Rudolf Durys (który wyceni swoją opinię na 3 tys. złotych) orzeknie, że lekarka podała pacjentce kwas hialuronowy bezpośrednio do tkanki tłuszczowej powodując zator (choć nie wykazała tego sekcja). A kwas ten można podawać do wszystkich tkanek, zgodnie z jego zastosowaniem. Biegły nie weźmie pod uwagę obrażeń ciała, jakie miała Maria W. A lista ta jest długa: potężny krwiak na prawym udzie (mógł powstać tylko wtedy, gdy Maria W. żyła), zmiażdżony mięsień prawego pośladka , krew w ustach i nosie, skrzepy krwi w mózgu, obrażenia w okolicach krocza, plamy opadowe na całym ciele, które świadczą o tym, że zwłoki były przemieszczane. No i te nienaturalnie zastygłe w powietrzu ręce.

- Ten lekarz powinien zostać pozbawiony prawa do wykonywania zawodu. Bo jak można dać fałszywe świadectwo oparte na domysłach, i sprzeczne z wynikami sekcji zwłok?!– irytuje się biegły sądowy jednego z dużych Zakładów Medycyny Sądowej w Polsce, który wraz z całą grupą specjalistów (chirurg plastyk, patolog, kardiochirurg etc.) na prośbę obrońcy Katarzyny Stelczyk dokładnie zapoznał się z aktami sprawy. Chce pozostać anonimowy, i dodaje, że nie może opiniować bez zlecenia sądu.

 

W listopadzie 2009 prokuratura Wrocław - Psie Pole oskarży Katarzynę Stelczyk o to, że umyślnie naraziła na śmierć Marię W. W tym samym akcie oskarżenia znajdzie się jednocześnie paragraf o nieumyślnym spowodowaniu tej śmierci na skutek błędu w sztuce lekarskiej. Katarzyna Stelczyk nie rozumiejąc, dlaczego chciała (i nie chciała zarazem) zrobić krzywdę pacjentce, nie przyzna się do winy.

– Jak może w takiej sprawie opiniować lekarz bez specjalizacji w mojej dziedzinie, niższy stopniem naukowym. O co tutaj chodzi? - myślała lekarka. I przyszło jej do głowy, że może ktoś ją wrabia.

Prokurator w toku śledztwa nie tyko nie zabezpieczył rzetelnie dowodów, ale i nie wniósł o zabezpieczenie próbek do dalszych badań, co automatycznie pozwoliło na ich zniszczenie.

Biegły (anonimowo): - Miało to na celu wyłączenie domniemanego sprawcy i rzucenie podejrzeń na trop absolutnie niewłaściwy. Wykorzystano związek czasowy zabiegu upiększającego i tego, co stało się w nocy z 1 na 2 listopada. Tymczasem wszystkie te obrażenia wskazują na kopanie i podduszanie kobiety, oparzenie okolic intymnych. Osoba, która doprowadziła do uszkodzenia ciała Marii W. nie zauważyła jednak momentu jej śmierci. Dlatego ofiara miała ręce zastygłe w górze – co świadczy o przeciąganiu zwłok w momencie tężenia. Dziwi mnie, że biegły Zakładu Medycyny Sądowej z Wrocławia zupełnie to pominął.

 

Czy lekarka stała się idealnym „alibi” dla niewiadomego do dziś sprawcy?

 

Nasz biegły podkreśla, że winnego śmierci Marii W. wyraźnie ktoś chronił.

 

Detektyw

 

Katarzyna Stelczyk: - Swego czasu byłam cywilnym pracownikiem wojska. I mój szef, pułkownik i profesor Jerzy Strużyna zawsze uczył nas, że wroga należy najpierw rozpoznać, potem obmyślić strategię, a dopiero na koniec zaatakować. Ponieważ nie znałam swojego wroga uznałam, że muszę zrobić rozpoznanie, jak na polu bitwy.

Katarzyna zwróci się po pomoc do prywatnego detektywa. A ten znajdzie powiązanie między opiniującym biegłym Rudolfem Durysem, a ówczesnym mężem prokurator prowadzącej sprawę. Obu panów, znających się ze studiów medycznych, połączył jeden z portali społecznościowych.

„Skończyłem podstawówkę, bo to taki wymóg w tym kraju, potem LO, dostałem się niestety na medycynę i to był błąd mojego życia” – napisze o sobie Durys. „Klasyczna, szpitalna bądź przychodniana medycyna to nie to, co chciałem robić w życiu (...). Pracuję w Służbie Więziennej, poza tym jestem biegłym sądowym w dwóch dziedzinach medycyny (chirurgia i medycyna sądowa), zlecenia mam prawie z połowy polski!!!” (pisownia oryginalna).

Oskarżona lekarka pomyślała, że może opiniujący był dla prokuratora wygodny w poparciu lansowanej tezy o jej winie. I poleciła detektywowi sporządzenie print screenów, tak, by obrońca mógł wykorzystać je w sądzie.

Inny detektyw pracował wcześniej dla Marii W.

Koleżanka: - Basia wynajęła go, żeby śledził jej męża. Podejrzewała, że mąż ją zdradza. A on wmawiał jej, że ma obsesję, menopauzę. Udowodniła mu, że to nie urojenia.

 

Wielki pan

 

Pawłowice. Dom, w którym mieszkała Maria W., stoi tuż obok kościoła. Można go pomylić z plebanią. Duży, z pięknym ogrodem i okazałą altaną. Sprawia wrażenie opuszczonego. W tej hermetycznej, niewielkiej wsi pod Wrocławiem, którą włączono w krwioobieg miasta dopiero w 1970 roku, wszyscy się znają.

- Basia była bardzo dobrym człowiekiem – mówi jeden z mieszkańców i od razu zastrzega anonimowość. Janusz W. to tutaj wielki pan. Ma dużo ziemi.

- Wrażliwa, uczynna... No, porządna kobieta. Pomagała biednym rodzinom, dzieciom, a przy tym była bardzo wierząca. To było zresztą zgodne małżeństwo. Co niedziela w kościele.

Inny mieszkaniec (też się ukrywa): - Basia była spontaniczna. Niczego nie robiła na pokaz. Co roku w garażu swojego domu przygotowywała Wigilię dla biednych i bezdomnych. Miała drugą kuchnię, dawała kobietom pieniądze, żeby narobiły pierogów, i po pasterce wszyscy tam do niej przychodzili. Taki schludnie ubrany, starszy pan (chyba bezdomny) podczas pogrzebu powiedział: , kto nam teraz zrobi Wigilię? Ty nam jedyna robiłaś. I wszyscy w ryk.

Koleżanka: - Pytałam ją: czemu go nie zostawisz?! Masz przecież mieszkanie. Ale ona chciała pewne rzeczy w firmie załatwić. Upierała się, żeby nie podpisywać jakichś dokumentów. Nie zgadzała się na sprzedaż ziemi, żeby była dla dzieci.

 

Wiadomo, że Maria W. zapisała się na Uniwersytet Trzeciego Wieku, ale też - że wpadła w alkoholizm, bo popijała z samotności i rozpaczy. Leczyła się w prywatnym ośrodku AA.

Koleżanka2: - Nie upijała się tak do końca, że się przewracała. Można powiedzieć, że zawsze była na lekkim rauszu. Piła wtedy, kiedy czuła się nieszczęśliwa.

Środowisko pawłowickie nie miało, albo nie chciało mieć pojęcia o tym, co tak naprawdę kryło się za jej uśmiechem. Przeważnie niewymuszonym, bo  Maria W. lubiła ludzi.

Inny mieszkaniec Pawłowic (w żadnym wypadku nie podawać nazwiska):

- Kiedy zmarła wszyscy byliśmy w szoku. Poszła plotka, że po tym zabiegu wykrwawiła się na śmierć. Dla mnie to trochę dziwne, bo jeszcze dzień wcześniej przed 1 listopada, widziałem, jak krząta się po ogrodzie i grabi liście. Przygotowywała dom do Wszystkich Świętych.

 

Przez kolejne dwa lata prokurator zbierał dowody na istnienie winy lekarz operującej Marię W. Ale z końcem kwietnia 2010 roku Sąd Rejonowy dla Wrocławia – Fabrycznej postanowił  zwrócić sprawę prokuraturze, w celu „uzupełnienia istotnych braków postępowania przygotowawczego”. Nakazał też sprawdzenie udziału osób trzecich w śmierci Marii W., co później podtrzymał Sąd Okręgowy. Zauważył także, że mimo iż Zakład Medycyny Sądowej z Łodzi zadeklarował sporządzenie opinii przez (w tym przypadku konieczny) zespół biegłych, prokurator zlecił wykonanie jej Rudolfowi Durysowi, którego opinia, nie dość że mało wiarygodna, na dodatek była ponad trzykrotnie tańsza od tej, którą proponowali biegli łódzcy. Było to dla sądu niezrozumiałe. Sprawę finalnie zawieszono do czasu sporządzenia prawidłowej opinii. I tak wisi do dziś.

 

Zdjęcia

 

Katarzynę Stelczyk pochłonęło życie. A to wyłączyli jej w domu prąd (bo nie miała z czego płacić rachunków), a to wodę czy ogrzewanie. Długi rosły, banki żądały spłat, zaś prawnicy chcieli coraz więcej za prowadzenie obrony.

- Jeden z mecenasów zażyczył sobie sto tysięcy plus dziewięć (tysięcy rzecz jasna) za każdą czynność procesową. Czyli za to, że pójdzie na przykład na rozprawę do sądu. Straciłam wszystkie oszczędności życia, żeby się bronić. A i tak wszyscy walili głową w mur, bo postępowanie zawieszono, ale ja wciąż podejrzana. Z taką nalepką nie mogę nawet podjąć pracy w jakimkolwiek unijnym kraju. I jestem w matni.

Gdyby nie pomoc przyjaciół – nie wiadomo, jak skończyłaby się codzienność Katarzyny. Każdy dał jej coś od siebie: Maciek naprawił sprzęty w domu, w aucie, chodził z nią do prawników. Leszek zabrał do Chorwacji i co weekend do uzdrowiska.

- Dostałam od nich poczucie bezpieczeństwa – mówi Katarzyna. – Przyjaciele po prostu mnie chronią.

Marek dzwonił co godzinę: - Jak sobie radzisz, sikorko? Zorganizował jej biuro w prestiżowym miejscu Wrocławia, żeby mogła czuć się jeszcze, jak lekarz specjalista. Madzia wyleczyła zęby, Beatka zrobiła wszystkie badania, bo od lat Katarzyna nie ma z czego opłacać ZUS-u. Mariusz wykupił jej auto z kredytu, dzięki Piotrowi bank umorzył odsetki. Konkurencja dzwoniła z pytaniami, jak sobie radzi i czy czegoś jej nie trzeba. Katarzyna straciła wiarę w sprawiedliwość, ale nie w ludzi.

- Po tym, czego się dowiedziałam o Marii W., bo przecież zostałam śledczym we własnej sprawie, postanowiłam, że dotrę do jądra ziemi, żeby tę śmierć wyjaśnić. Pewnie nikt się tego nie spodziewał, że mam tak twardy charakter i mocną psychikę. Jestem wojowniczką i nigdy się nie poddam.

W sierpniu 2011 roku Katarzyna Stelczyk złożyła w Prokuraturze Generalnej w Warszawie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa z udziałem osób trzecich.  Napisała w nim, że powodem śmierci Marii W. mogło być nieumyślne spowodowanie śmierci, pobicie ze skutkiem śmiertelnym, albo zabójstwo. Dwa miesiące później sprawie, z art. 148 kodeksu karnego (zabójstwo) nadał bieg V wydział śledczy Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu. Prowadząca prokurator Dorota Białkowska powiedziała mi, że nie będzie oceniała pracy kolegów po fachu. Zacznie jednak przesłuchanie świadków pod kątem m. in. rodzinnej sytuacji Marii W., jednocześnie zwracając się po opinię biegłych w sprawie przyczyny tej śmierci.

Koleżanka: - Ta prokurator pytała mnie, dlaczego wcześniej nie mówiłam, że mąż bił Basię. To ja jej na to, że nikt mnie o to nie pytał. Zadawano mi pytania tylko w kontekście dr Stelczyk. Potem pokazała mi zdjęcia. Nie wiem, dlaczego, ale były inne od tych, które widziałam kilka lat temu (Basia w łososiowym peniuarku)... Na tych zdjęciach leżała w lichej koszulinie, na rozbebeszonym łóżku. Potłuczona, pełno krwi... Byłam zszokowana. I łzy mi leciały. Koszmar.

 

Na pawłowickim cmentarzu Maria W. ma piękny, duży grobowiec w kolorze żółtym. Na płycie nie pali się żaden znicz, gdzieniegdzie leżą spore odłamki szkła. Pośrodku tablicy widnieje wycięte w kamieniu serce i napis: „życie przemija, a miłość i pamięć pozostają”.

 

Odwiedziłam rodzinę W. w Pawłowicach, ale Janusza W. nie zastałam w domu. Młodsza z córek wyjaśniła, że w sprawie śmierci mamy wypowiedzieć może się jedynie ojciec.  Nigdy jednak nie zadzwonił na pozostawiony przeze mnie nr telefonu.

 

Duży Format - 25 września 2012

 

 

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now