Dom zły Caritasu

 

Dyrektor sierocińca w Giżycku wyzywał, bił i poniżał dzieci. Uniknął kary, bo sprawa się przedawniła. Dziś uczy w szkole muzyki i religii

 

 

Daniel, 13 lat, wychowanek Domu Dziecka św. Faustyny "Wielkie Serce" w Giżycku (do prokuratora):

- Dlaczego wyszedłem zapłakany z gabinetu dyrektora, to nie będę mówił. Ktoś mi krzywdę zrobił w tym gabinecie. To było w weekend. Pan Marek W. czasami przyjeżdżał w weekend do domu dziecka, żeby rybki nakarmić.

Dawid, 17 lat: - Wchodząc do grupy, słyszałem, jak pan Marek krzyczał na Mateusza. Mateusz coś mu odpyskował, a ten uderzył go w twarz z plaskacza. Mateusz uciekł do pokoju, a pan W. poszedł za nim. Powiedział, cytuję: "Uważaj, gówniarzu, ja jestem nieobliczalny, a broń wożę w bagażniku".

Paweł (brat Daniela), 15 lat: - Wobec starszych nie używał siły, bo bał się, że mu oddadzą. Mnie wyzywał od skurwysynów i straszył ośrodkami poprawczymi. Widziałem, jak uderzał ręką w tył głowy brata kilka razy, a brat stał pochylony i płakał. Uderzał go tak z boku. Innym razem widziałem, jak na niego krzyczał, a potem kopnął go kilka razy. On się tak zachowuje, jakby wszystko mógł. Pępkiem świata jest. Kiedyś mi mówił, że jest kimś, a ja dostanę wyrok. Nawet w internacie pokazywał mi, co mi zrobi, jak coś złego powiem na niego.

Nagranie z telefonu 

Do Wydziału Rodzinnego i Nieletnich Sądu Rejonowego w Giżycku wpływa dość nieporadne, odręcznie napisane pismo Piotra L., ojca 13-letniej Mariki:

"W dniu 6.05.2010 roku dyrektor Marek W. wyzywał wulgarnymi słowami córkę i znęcał się fizycznie nad małoletnim dzieckiem. W placówce bardzo często dochodzi do takich sytuacji. Dyrektor znęca się nie tylko nad naszymi dziećmi, także nad innymi podopiecznymi z placówki. Proszę sądu, to są dzieci, które potrzebują miłości, wsparcia, a niektórzy tam są tak traktowani, jakby byli w jednostce karnej".

Marek W. to w tamtym czasie postać w miasteczku znana. Absolwent teologii i, podyplomowo, muzyki i plastyki jest przedstawicielem Caritasu Diecezji Ełckiej na powiat giżycki. Ma m.in. nadzór nad prowadzonymi przez Caritas świetlicą terapeutyczną, hospicjum i jadłodajnią pod patronatem ojca Pio. Poza tym jest też miejskim radnym, nauczycielem religii, muzyki, organistą i kierownikiem administracyjno-organizacyjnym tutejszego Domu Dziecka św. Faustyny "Wielkie Serce".

W 2006 roku Caritas przejął od miasta ten dom, a wraz z nim prawie 40 wychowanków. W większości sierot społecznych, odbieranych rodzicom z powodu alkoholu, zaniedbania i biedy.

Marika, 13 lat: - Dyrektor wziął mnie za kurtkę i rzucił na krzesło. Wulgarne słowa czytał z notatki wychowawczyni (cytowała moje zachowanie). Niektóre słowa czytał z notatki, a niektóre gadał. Nie powinien się tak zachować wobec mnie.

Marika i jej trzy siostry trafią do domu dziecka, kiedy ich ojciec wyjedzie do pracy do Niemiec, a matka zacznie pić i zaniedbywać dom. Nadpobudliwa, wrażliwa, czasem wulgarna. Typ chłopczycy. Po jednej z ucieczek z placówki wróci z ogoloną głową. Nigdy nie zaakceptuje domu dziecka. Zachowanie dyrektora nagra telefonem komórkowym.

Ojciec Mariki: - Telefon przyniosła mi z płaczem starsza córka. Było słychać szarpaninę i krzyki. Poszedłem tego dnia na placówkę, ale dyrektor nie pozwolił mi na odwiedziny.

Z kolana w nos 

Policja po doniesieniu ojca w maju 2010 roku rozpoczyna tak zwane postępowanie sprawdzające w sprawie fizycznego i psychicznego znęcania się Marka W. nad Mariką i pozostałymi wychowankami domu dziecka. Próbuje ustalić, czy dziewczynka i inni wychowankowie domu dziecka faktycznie stali się ofiarami przemocy. Postępowanie nadzoruje prokurator Urszula Bolik z Prokuratury Rejonowej w Giżycku, do której również trafia zawiadomienie ojca Mariki.

Przesłuchanie dzieci odbywa się w przyjaznym pokoju, w obecności psychologa:

Paweł, lat 15: - Normalnie od kurew wyzywa. Powiedział, że jak pojadę do ośrodka szkolno-wychowawczego, to będą mnie w dupę cwelili. Tak do każdego mówi. Straszył mnie, że mi to załatwi, bo zna pana Jaworowskiego (Marek Jaworowski - sędzia Sądu Rejonowego w Giżycku, przewodniczący Wydziału Rodzinnego i Nieletnich).

Daniel, lat 13: - Dyrektor wszystkich chciałby wywieźć na ośrodek, bo są niegrzeczni. Tylko Bartek jest grzeczny, ale on ma cztery lata.

Dawid, lat 17: - Daniel wrócił po czterech dniach ucieczki i poszedł do pana Marka na rozmowę do gabinetu. Wybiegł zapłakany, z napuchniętym nosem. Mówił, że pan Marek nachylił go do dołu i z kolana kopnął w głowę i w nos. A Damiana złapał za kaptur i zrzucił z półpiętra tak, że Damian spadł. Jak mnie wzywał do gabinetu, to mówił do mnie często: "Skurwysynu, chuju, pojedziesz do zakładu, a tam będą cię ruchać w dupę". Trochę się tego bałem, ale ratowała mnie szkoła. Miałem dobrą opinię ze szkoły i od kuratora.

Dyrektor czuje się Bogiem 

W czerwcu policja wszczyna śledztwo w sprawie znęcania się Marka W. nad wychowankami. Zeznań dzieci (często bez opiekunów prawnych) przez kilka miesięcy słucha też przewodniczący II Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Giżycku, sędzia Bogdan Wałachowski, który będzie orzekał w tej sprawie.

- Dzieci były już wtedy bardziej zestresowane - zapamiętała prokurator Urszula Bolik.

W listopadzie do prokuratury w Giżycku piszą dwie wychowawczynie i pedagog:

"Uprzejmie prosimy o przeprowadzenie postępowania w sprawie sposobu prowadzenia przez Marka W. Domu Dziecka św. Faustyny. Nie jesteśmy już pracownikami placówki, jednak z naszych obserwacji wynika, że na skutek działalności Marka W. występuje tam szereg nieprawidłowości, które przynoszą szkodę dzieciom".

Pedagog Paulina S. dostaje od dyrektora podanie, że sama się zwalnia. Podpisuje, bo jeśli nie, to dyrektor "znajdzie na nią haki i zapaskudzi jej świadectwo pracy".

Po latach powie: - Moją największą winą było to, że stanęłam w obronie dzieci.

Formalnie Marek W. przez kilka lat ma nad sobą dyrektora (w tamtym czasie przewija się ich czterech), bo, pamiętajmy, jest tylko kierownikiem administracyjno-organizacyjnym. Dopiero w 2009 roku zostaje dyrektorem domu dziecka.

Urszula Bolik, prokurator: - Wcześniej nie miał uprawnień do pracy z dziećmi, dlatego zrobił studia podyplomowe.

Danuta B., wychowawczyni, zeznaje w prokuraturze: - Pan W. wprowadził taki terror w Domu św. Faustyny, że nikt nie kwestionował jego władzy.

Marek T. (jeden z dyrektorów): - Nie wiem, czy W. miał prawo podejmować decyzje odnośnie wychowania dzieci. Zgodnie z przepisami prawa nie, ale karty jego obowiązków nie widziałem. Zdarzało się, że Marek W. pod moją nieobecność w placówce wydawał innym pracownikom polecenia sprzeczne z moimi. Zdarzało się, że prowadził rozmowy wychowawcze z dziećmi, podczas których straszył je różnymi konsekwencjami, np. zmniejszeniem kieszonkowego, wywiezieniem do poprawczaka. Robił to w mojej obecności, jak i poza. Zdarzało się, że Marek W. zamykał się w pokoju z wychowankami. Świadkiem przemocy nie byłem, ale wiem, że dzieci się go bały.

Dawid, wychowanek: - Nie było nikogo podczas tych rozmów. Nie było osoby, która by to widziała. Byłoby więcej nagrań, ale zabronił posiadania telefonów komórkowych.

Elżbieta W., matka sześciorga dzieci (Janusz, Karol i Martyna w bidulu), pod koniec września 2010 roku wysyła list do prokuratora:

"To nie jest dom dziecka, tylko zamknięty zakład poprawczy. Nie ma przestrzeganych praw człowieka. Dzieci są traktowane poniżej godności. W tym domu jest po prostu bezprawie, a ten pan czuje się Bogiem. Znęca się nad dziećmi psychicznie. Proszę o zrobienie wszystkiego, by pomóc tym dzieciom".

Elżbieta W. od kilku lat mieszka w Anglii. Walczyła wówczas o odzyskanie dzieci.

- Kiedy w lipcu 2010 roku je odwiedziłam, dyrektor straszył mnie, że jak będę mu robić problemy, to załatwi, że dzieci nie odzyskam. Tamtego dnia nie pozwolił mi ich zobaczyć. Następnego widziałam się z nimi przez godzinę. Mówiły mi, że boją się dyrektora i boją się zeznawać przeciwko niemu.

Bo prokuratura w czasie policyjnego śledztwa, które trwa od czerwca, nie zawiesza Marka W. w pełnieniu obowiązków dyrektora domu dziecka.

- Nie mieliśmy do tego podstaw - tłumaczy szef prokuratury Grzegorz Ryński.

Prokuratura robi to dopiero 8 grudnia i rozpoczyna własne dochodzenie, a akt oskarżenia mówiący o znęcaniu się fizycznym i psychicznym dyrektora nad jedenaściorgiem dzieci trafia do sądu 31 grudnia.

 

Do tego czasu Marek W. nie przerywa też pracy w szkołach. Wciąż ma wpływ na los dzieci.

Paulina S., pedagog, wspomina dzisiaj: - Kiedy dyrektor dowiedział się, że chłopcy zeznają w sądzie, zaczęli dostawać nagrody. Paweł dostał buty, a Kamil rower.

Czarna lista 

Danuta B., wychowawczyni, zeznaje: - Pan W. nawet nie krył się z tym, że stosuje przemoc fizyczną wobec wychowanków. Widziałam, jak kopał Damiana na podwórku przed budynkiem. Daniela uderzył w twarz. Mówił do dziecka: "Co ty mi możesz zrobić, najwyżej bąka w kiblu puścić", a wychowawcy "mają gówno do powiedzenia". Pamiętam, jak rozmawiałam z Krystianem (czasami rozrabiał, ale to był dobry chłopiec), i on mi powiedział, że bierze tabletki na padaczkę, żeby się uspokoić. Że wówczas czuje się jak po alkoholu i zaczepki W. na niego nie działają. Ja z Krystianem nigdy nie miałam problemów. Wiem, że był na "czarnej liście" u W.

Kuratorka Ewelina Czuper-Sudnik: - Dyrektor powiedział mi, że Dawid, nad którym miałam nadzór, to diler, ćpun i kryminalista. Próbowałam go przekonać, by nie skreślał chłopca, ale był bardzo rygorystyczny. Nie potrafił zrozumieć dziecka, że trafiło tu z powodu błędów rodziców, a nie za karę. Zapoznałam się z opiniami domu dziecka na temat Dawida i nie ma w nich jednego dobrego słowa. Opinie pisane były tak, by przedstawić go w złym świetle.

Pedagog Paulina S.: - Starałam się zawsze pisać o dzieciach zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Ale dyrektor zabraniał mi wpisywania do notatek pozytywnych rzeczy. Wywierano na mnie wpływ, aby notatki zawierały tylko te złe informacje, żeby pozbyć się dzieci z placówki. Dyrektor sprawdzał notatkę, po czym wskazywał, co poprawić. Notatki nie były obiektywne. Po korekcie kazał podpisywać te notatki mnie lub wychowawcy. On sam niczego nie podpisywał. Żądał, by wszystko zgłaszać na policję.

Danuta B., wychowawczyni: - Któregoś razu nie wytrzymałam już nękania przez dyrektora i poprosiłam jedną z sióstr zakonnych, by skontaktowała mnie w tej sprawie z dyrektorem Caritasu, ks. Dariuszem Kruczyńskim, a ona na to: "Nie jestem w stanie ci pomóc, gdyż W. jest dobrym kolegą księdza z seminarium i zbyt duże pieniądze dla niego zarabia".

Bo W. kiedyś nosił sutannę. Dzisiaj jest mężem i ojcem.

 

Śniadanie za złotówkę 

Sprawa karna przeciwko Markowi W. toczy się dwa lata. Akta urastają do 18 tomów. Dyrektor nie przyznaje się do winy. Do szefa Caritasu Diecezji Ełckiej ks. Dariusza Kruczyńskiego pisze, że wszystkie zarzuty dzieci i pracownic są nieprawdziwe i absurdalne: "Jest to pomówienie i przedstawienie mnie, placówki i osób współpracujących w negatywnym świetle".

Zawsze jest na sali sądowej. Broni go dwóch adwokatów. Dzieci zeznają podobnie, inne pamiętają mniej niż kiedyś. Niektóre już nie życzą dyrektorowi kary.

Daniel: - Nie chcę, aby sąd wyciągał wobec niego jakieś konsekwencje, jeśli chodzi o te trzy, cztery złe zachowania wobec mojej osoby. Nie chcę, aby karać za to oskarżonego. Nie będę nikomu uprzykrzał życia. Było i minęło.

Markowi T. (jednemu z dyrektorów placówki) zaczynają się mylić zależności służbowe:

"Na życzenie p. Marka organizowane były spotkania z wychowankami. Występował na nich jako osoba sprawująca nadzór ze strony Caritasu. Czasami miał sugestie, jak daną sprawę rozwiązać. Rozmowy wychowawcze prowadzone przez oskarżonego traktowałem normalnie. Uważałem, że skoro jest moim przełożonym, to tak musi być".

Przy okazji jednak na jaw wychodzi też przemoc ekonomiczna.

Dawid: - Nie wiem, czemu miałem kieszonkowe 8,25 złotych miesięcznie. Wychowawca wypisywał mi 30 zł, a kierownik skreślał i pisał 8.

Za 8 złotych dyrektor kazał też dziecku wyprawić urodziny. Wychowawcy kupili więc za własne pieniądze tort, reszta dzieci oddała na prezent swoje kieszonkowe.

Pedagog Paulina S. mówiła przed sądem: - Racje żywnościowe są żenująco niskie. Na jedno dziecko na śniadanie przypada złotówka dziennie, tyle samo na kolację [miasto przekazywało na utrzymanie jednego wychowanka miesięcznie 2,5 tys. zł]. Dzieci chodzą głodne.

Przykładowe śniadanie: paprykarz szczeciński, bułka z masłem i dżemem, herbata. Czasem zamiast paprykarza serek. Kolacja: jajecznica na oleju, chleb z masłem, kakao. Innego dnia zamiast jajecznicy smażona mortadela.

 

Matka jednego z wychowanków: - Tomek opowiadał, że mieli kiedyś dwa bochenki chleba na osiem osób na cały dzień. Boli mnie, że pod opieką państwa jest głodny i nie ma w co się ubrać.


Marek W. stawkę żywieniową tak tłumaczył w prokuraturze: - Wyliczone kwoty to ogólna wartość uzależniona od liczby dzieci w grupie. Nikt nie wskazywał, że dziecko ma dostawać 1 zł na śniadanie i 1 zł na kolację. Dzieci dostają mleko, masło, sery, płatki kukurydziane, müsli. W związku z tym, że nikt z dzieci ani wychowawców nie zgłaszał zarzutów, postanowiłem kontynuować taką formę żywienia.

Angelika J., matka dwojga wychowanków: - Kiedy spytałam dyrektora, co się dzieje, czemu głodne chodzą, to odpowiedział mi tylko, że to nie moja sprawa. A przecież tam są moje dzieci! Kiedyś dyrektor powiedział mi, że to jest jego biznes i jego zabawki. Gdy mówił "zabawki", sądzę, że miał na myśli dzieci.

Danuta B., wychowawczyni: - Chleb, mortadela, parówki, pasztet, w sezonie niekiedy starczyło na warzywa. Czasem na tydzień dostawały pół jabłka lub jeden najtańszy jogurt. Dodatkowo dżem, ser żółty i topiony - żywność dla ubogich z jadłodajni. Było to wliczone w codzienne stawki żywnościowe. Dzieci chodziły bez kanapek do szkoły. Przychodziły na szkolną stołówkę i prosiły choć o zupę, bo są głodne. Wielokrotnie sama kupowałam dzieciom jedzenie. PCPR o tym wiedział i nic nie zrobiono.

Zbigniew Piestrzyński, szef Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Giżycku: - Mając na względzie sygnały napływające ze środowiska w zakresie wątpliwości co do stanu wyżywienia, podjąłem działania w celu zlecenia w tym zakresie kontroli przez sanepid, która została przeprowadzona.

Ale żadna z nich nie wykazuje nieprawidłowości w funkcjonowaniu domu dziecka. Placówkę kontroluje również urząd skarbowy.

Księgowa Anna M. powie później: - Były kontrole faktur, ale nikt nie sprawdzał, czy zakupione rzeczy znajdowały się w domu dziecka.

Gabriela B., matka dziewczynki, która chodzi do szkoły z jednym z wychowanków, często zabiera go do siebie na weekendy i wakacje:

- Skarpetki Grzesiowi kupowałam, bo niczego się nie mógł doprosić. Opowiadał, że dyrektor jest wredny i źle traktuje dzieci. Mówił, że jest bardzo mało jedzenia, porcje są małe, on ma 190 cm wzrostu, a dostaje jak dla małego dziecka. Wszystko było w wyznaczonych porach. Jak się spóźnił, to jedzenia nie dostał. Grześ za bardzo nie chciał rozmawiać o domu dziecka. Mówił, że tam nie wytrzyma. Ostatnio zrobił się bardzo nerwowy. Pocieszałam, że już mu mało zostało. Nie mógł się doczekać wyjścia na wolność. Grzesiu, kiedy wracał do domu dziecka po wakacjach, to płakał. Tak bardzo nie chciał tam być.

Widmowe faktury 

W trakcie procesu o przemoc wobec dzieci okazuje się, że w latach 2007-08 Dom Dziecka św. Faustyny "Wielkie Serce" otrzymał od wojewody 1 mln 16 tys. zł dotacji. W sześciu transzach. Anna M., księgowa, po rozliczeniu dwóch dotacji wyszła z pracy bez pożegnania i więcej nie wróciła.

Opowiada: - Na przykład wpłynęła do domu dziecka faktura na 12 komputerów, z czego przyjechały jedynie cztery. Reszty nie było. Podobnie było z rachunkami za zakup łóżka, sprzętu AGD, wyposażenia kuchni. Póki pracowałam, żaden z tych sprzętów nie trafił do placówki. Pani Grażyna J. rozliczała magazyn żywieniowy i prowadziła księgi inwentarzowe. W praktyce to było niemożliwe, ponieważ dostawaliśmy faktury, a nie dostawaliśmy towaru.

Danuta B., wychowawczyni: - Od ponad roku nie widziałam żadnych nowych ubrań. Zgłaszałam to Zbigniewowi Piestrzyńskiemu [szef Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie], żeby zorganizował jakąś kontrolę, ale stwierdził, że jest dużo rachunków na nową odzież.

Piestrzyński twierdzi, że kontrolę odzieży PCPR przeprowadził. Stwierdziła ona braki w bieliźnie osobistej, a także odzieży i obuwiu zimowym wychowanków. Nakazano doposażyć dzieci w "trybie pilnym", a "zalecenia zostały zrealizowane".

Paulina S., pedagog: - Dzieciom kupowane były rzeczy, których nie widziały na oczy. Wychowawca Agnieszka P. złożyła zapotrzebowanie na zakup sandałów dla wychowanka. Dziecko sandałów nie dostało, a wychowawca otrzymał fakturę za zakup.

Anna M., księgowa: - Większość faktur wystawiały firmy z Ełku. Pamiętam, że w jednej z firm w Giżycku zakupiony był cały monitoring domu dziecka oraz wystawiona faktura na cztery laptopy. Nie podpisałam tej faktury, ponieważ zażądałam okazania rzeczy. Pracownik oświadczył, że załatwi to z Markiem W. Niektórych faktur nie podpisywałam w ogóle. Na przykład takiej, która opiewała na 100 tys. zł. Sytuacja była coraz gorsza. Bałam się. Odmawiałam podpisywania faktur, które w moim sumieniu były niezgodne z prawdą. Potem zwolniłam się z pracy.

Po zwolnieniu się Anna M. i ówczesny dyrektor domu dziecka Piotr M. idą do starosty giżyckiego (był nim wtedy i jest dzisiaj Wacław Strażewicz). Powiat przekazał Caritasowi dom dziecka w zarządzanie i co miesiąc środki na utrzymanie wychowanków. Pracownicy zgłaszają więc, że pieniądze są źle wykorzystywane i nie trafiają do dzieci.

Anna M.: - Skończyło się na przyjęciu do wiadomości.

Bogumiła K., która pracowała w tamtym czasie jako wychowawca, opowiada dzisiaj:

- W kilka osób napisaliśmy pismo do starosty, że dzieci mają źle, że jest mobbing, a starosta obiecał się sprawą szczerze zająć. Wyobrazi sobie pani, że ten list za jakiś tydzień, dwa przyjechał razem z "ojcem dyrektorem" [ks. Kruczyńskim, szefem Caritasu], ten zwołał zebranie i powiedział, że zawsze będzie wiedział o takich rzeczach, bo wszędzie ma swoich ludzi.

 

 

Starosta giżycki Wacław Strażewicz wyjaśnia: - Sprawozdania z rozliczenia dotacji były w kolejnych latach akceptowane przez wojewodę warmińsko-mazurskiego bez uwag. W latach 2007-13 z ramienia urzędu wojewódzkiego nie przeprowadzono żadnej kontroli sposobu ich wydatkowania.

Własny milion 

27 stycznia 2012 roku śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez dyrektora, fałszowania dokumentacji i niezgodnego z przeznaczeniem wydatkowania pieniędzy z dotacji przyznanych Domowi Dziecka św. Faustyny trafia pod nadzór Prokuratury Okręgowej w Olsztynie (w tym czasie wciąż toczy się sprawa karna przeciwko Markowi W. o przemoc wobec dzieci). Prokurator zabezpiecza ponad 400 faktur i wspólnie z policją przesłuchuje niemal 120 świadków.

Wątpliwości olsztyńskich śledczych budzi wykazanie przez Caritas Diecezji Ełckiej udziału środków własnych w uzyskaniu dotacji "poprzez posługiwanie się tzw. fikcyjnymi fakturami". Bo aby ją otrzymać, Caritas musiał posiadać połowę tych środków. Czyli swój własny milion.

Jak go zdobyć?

Księgowa Anna M. (do prokuratora): - 31 grudnia 2007 [Marek W. pracował w domu dziecka od marca] byliśmy z dyrektorem Piotrem M. w Ełku rozliczyć dotację. Na miejscu rozmawialiśmy z ks. Kruczyńskim, który nakrzyczał na nas, ponieważ do rozliczenia brakowało 30 tys. środków własnych. Stwierdził, że tylko z nami ma problemy. Na miejscu był jakiś mężczyzna w wieku około 50 lat, który od ręki wypisał nam rachunki ze wsteczną datą za odzież na ponad 20 tys. zł. Ks. Kruczyński na miejscu przekazał temu mężczyźnie jakąś kwotę pieniędzy. Rachunek na pozostałą część ks. Kruczyński załatwił telefonicznie, gdzie od razu podano nam datę i numer faktury. Dzięki temu cała dotacja została rozliczona.

Grafolog stwierdzi potem, że podpis na fakturze z 20 tys. za odzież nie należy do właściciela firmy. Szef ełckiego Caritasu powie jednak śledczym, że "ze względu na upływ czasu zdarzenia takiego nie pamięta".

Anna M. ma lepszą pamięć. Mówi śledczym: - Na przykład fakturę za remont na 4,7 tys. zł wystawił D., właściciel warsztatu, a faktycznie prace wykonywał społecznie mój mąż. Faktura poszła oczywiście w dotację. Mąż pracował na rzecz Caritasu bez umowy za 5 zł za godzinę. Gdy przestał pracować w domu dziecka, Marek W. przez pół roku pobierał za niego pensję. Brał też wypłatę innego pracownika przez osiem miesięcy, gdy tamten już nie pracował. Dowiedziałam się o tym od kasjerki, kiedy wypłacałam pensje.

Anna M. oraz dwaj byli dyrektorzy placówki kwestionują faktury na sumę ponad 240 tys. zł.

Prokuratura prześwietla właścicieli firm i ich pracowników.

Jolanta J., właścicielka jednej z firm, przyznaje, że faktura na 8,5 tys. zł, którą wystawiła, była fikcyjna. I żadna sprzedaż sprzętu sportowego i mebli ogrodowych nie miała miejsca.

Nikogo więcej nie udaje się złapać za rękę. Śledczy piszą więc, że "brak jest środków procesowych, by rozstrzygnąć, kto mówi prawdę, i czy takie usługi w ogóle miały miejsce".

Co do "własnego miliona" Caritas informuje prokuraturę, że pieniądze pochodziły ze zbiórek w kościołach, darowizn, kościelnej tacy czy dofinansowań ełckiej kurii. Fakt gotówkowego rozliczania się nie był nigdzie rejestrowany, bo Caritas "jako kościelna osoba prawna nieprowadząca działalności gospodarczej" jest wyłączony ze stosowania przepisów o rachunkowości.

W listopadzie 2012 roku prokuratura umarza więc postępowanie w sprawie fikcyjnych faktur "z braku danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia przestępstwa".

Marek W. nie poniósł kary za przekroczenie uprawnień. Nie pełnił funkcji publicznej, gdyż dom dziecka nie jest instytucją państwową, lecz jedynie niepubliczną. Nie był więc pracownikiem państwowym ani samorządowym, lecz z nadania Caritasu. I dekretu biskupa. Jemu więc tylko podlegał.

Bez kary 

W listopadzie 2012 roku Sąd Rejonowy w Giżycku postanowił, że nie ma wystarczających dowodów na to, że Marek W. znęcał się nad dziećmi. Zmienił więc kwalifikację czynu i uznał, że dyrektor naruszył nietykalność cielesną dwojga dzieci, a jedno znieważył. Potem wszystkie zarzuty sąd umorzył, ponieważ po tej zmianie kwalifikacji przedawniły się. Ściganie przestępstw z art. 217 kodeksu karnego, czyli bicie lub naruszanie w inny sposób nietykalności cielesnej, odbywa się z oskarżenia prywatnego (takie właśnie wniósł ojciec Mariki). I ustaje wraz z upływem trzech lat od jego popełnienia. Dyrektor miał naruszać nietykalność dzieci od roku 2007 do października 2009 "w bliżej nieustalonych datach". Uniknął kary, bo wyrok zapadł 12 listopada.

Prokurator Urszula Bolik do dziś ma poczucie porażki: - Uważam, że zasadnie postawiłam zarzuty psychicznego znęcania się, ale dzieci nie miały szans w tym starciu. One wciąż mieszkały w placówce i miały nad sobą dyrektora, który decydował o ich losie. W czasie gdy trwał proces, on kierował do sądu dla nieletnich comiesięczne sprawozdania o ich zachowaniu, drobnych przestępstwach, choć nikt go o to nie prosił. Dążył do tego, by usunąć z domu dziecka te dzieci, które występowały w akcie oskarżenia. One obawiały się więc o siebie i przebywające w domu dziecka rodzeństwo. Z opinii psychologa wynikało, że nie mówiły całej prawdy. A przecież w procesie karnym wszystko jest kwestią dowodów. To były fajne, inteligentne dzieci, tylko buntownicze. A wstawiły się za nimi tylko trzy kobiety.

Prokuratura nie wniosła apelacji od wyroku, uznając sprawę za z góry przegraną.

W 2014 roku sąd zasądził Markowi W. prawie 27 tys. zł zwrotu kosztów za adwokatów.

 

Na giżyckim forum internetowym Marek W. ostrzega przed szkalowaniem go: "Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Sąd Rejonowy w Giżycku nie skazał mnie w swoim wyroku i nie orzekł w żadnym miejscu tego wyroku, że jestem winny. Moja kartoteka karna jest więc czysta. Fakt poniesienia kosztów postępowania przez Skarb Państwa łącznie ze zwrotem poniesionych przez mnie kosztów świadczy o tym, że to nie ja jestem przegraną stroną procesową".

Zapytałam Caritas, jak to się stało, że Marek W. przestał dla nich pracować. Szymon Owedyk z sekretariatu diecezji odparł, że "Caritas nie jest podmiotem publicznym, więc nie mają tu zastosowania przepisy o dostępie do informacji".

Medal 

Paulina S. dzisiaj jest pedagogiem w szkole podstawowej. Wspomina: - Dzieci, które nie miały nic, zrzuciły się dla mnie na medal z napisem "najlepszy pracownik". To nie były dzieci ani grzeczne, ani łatwe, ale ja sobie radziłam. Odwiedzały mnie czasem wieczorami: pani, zjadłbym coś. Gotowałam im parówki na kilogramy.

Spośród dziesięciu wychowawców, którzy podpisali się pod listem do starosty, dziś pracuje tylko dwóch. Reszta została zwolniona lub zmuszona do odejścia.

Bogumiła K., była wychowawczyni: - Wcześniej "ojciec dyrektor", czyli ks. Dariusz Kruczyński, poobcinał im wypłaty do najniższej krajowej.

Dzisiaj domem dziecka z ramienia Caritasu zarządza Bernadetta Wojtuń.

Bogumiła mówi, że może jest już więcej jedzenia i dobrych ubrań dla dzieci, ale pani dyrektor albo żyła wyborami, bo startowała do rady powiatu mrągowskiego, "więc nie było jej w sumie dobre pół roku, pojawiała się sporadycznie", albo pracuje na etacie w Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii w Giżycku, "więc w domu dziecka też jest gościem".

Misja kanoniczna 

Marzec 2016. Marek W. nadal pracuje w szkole. Jest nauczycielem muzyki i katechetą.

Muzyki uczy w Szkole Podstawowej nr 7 w Giżycku, gdzie do dziś chodzą dzieci z bidula. Dyrektor Katarzyna Banach zapytana, czy kiedykolwiek są lub były na niego skargi, odpisuje, że nigdy. Pisze też, że "nie zatrudniała Marka W., bo gdy przyszła do pracy, on już był nauczycielem". A czy wie o zarzutach karnych, jakie miał nauczyciel? To pytanie pozostawia bez odpowiedzi.

Natomiast w gimnazjum w Wilkasach koło Giżycka Marek W. uczy religii. Zygmunt Marciniak, dyrektor gimnazjum, pamięta zarzuty sprzed sześciu lat: - Doskonale znam sprawę, w którą zamieszany był pan W. Uczył u nas wtedy muzyki. Ponownie został zatrudniony w naszej szkole w 2014 roku. Odbyło się to na mocy misji kanonicznej, wystawionej przez Wydział Katechetyczny Ełckiej Kurii Diecezjalnej i podpisanej przez biskupa Romualda Kamińskiego. Pan Marek przy zatrudnianiu przedstawił zaświadczenie z Ministerstwa Sprawiedliwości stwierdzające, że nie figuruje w kartotece karnej Krajowego Rejestru Karnego.

Misja kanoniczna to najprościej mówiąc skierowanie świeckiego nauczyciela do nauki religii w konkretnej szkole. Marek W. najpierw jednak musiał dostać pozytywną opinię proboszcza parafii w Wilkasach.

Dziś jest nim ks. Tadeusz Kochanowicz. Mówi: - Misję opiniował mój poprzednik.

Poprzednik to ks. Jacek Sz. W Wilkasach pracował do sierpnia 2014, kiedy to do giżyckich policjantów przyszła matka 15-letniego chłopca z SMS-ami, które znalazła w telefonie syna, świadczącymi o utrzymywaniu z proboszczem relacji seksualnych. Ełcka kuria szybko wymazała księdza z placówki. Dzisiaj w giżyckiej prokuraturze toczy się przeciwko niemu postępowanie karne.


Zygmunt Marciniak, dyrektor gimnazjum:

- Dyrektor szkoły w przypadku misji kanonicznej pełni jedynie funkcję "notariusza". Jak pani widzi, tak naprawdę decyzja o zatrudnieniu Marka W. w naszym gimnazjum w charakterze nauczyciela religii zapadła w zupełnie innym miejscu niż gabinet dyrektora. Gdyby miało to dotyczyć nauczyciela innej specjalności, ani W., ani nikt inny z taką samą bądź podobną przeszłością nie znalazłby zatrudnienia w kierowanej przeze mnie szkole.

Marek W. ma wyłączony telefon i nie reaguje na pozostawiane przeze mnie wiadomości z prośbą o kontakt. Od 6 kwietnia do końca roku w szkole w Wilkasach jest na urlopie bezpłatnym.

Cezaremu Łazarewiczowi w reportażu dla Wirtualnej Polski Marek W. tłumaczył, że jest niewinny, a "prokuratura wymuszała obciążające go zeznania, strasząc wychowanków torturami". Sam zrezygnował z pracy w sierocińcu, "bo miał wszystkiego dość". Ten temat - powiedział - dla mnie jest zamknięty.

 

Duży Format, 21 kwietnia 2016
 

 

© 2017 by Proudly created with Wix.com 

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now