top of page

ZGNILIZNA APPENDIX

Zaktualizowano: 6 maj

Jutro, 6 maja o godzinie 09.30 Sąd Rejonowy dla Wrocławia - Krzyków wyda na mnie wyrok za opublikowanie reportażu opowiadającego o gwałcie na dziecku we wrocławskim Aquaparku. Jestem sądzona za ujawnienie szczegółów rozprawy, która toczyła się z wyłączeniem jawności.

Na wgląd do tych akt dostałam zgodę tegoż sądu.


Materiał pod tytułem "Zgnilizna" opublikowałam 13 stycznia 2025 roku na swoim profilu na Patronite.pl. Po czterech dniach bez mojej wiedzy i zgody tekst zniknął. Poniżej publikuję więc ponownie reportaż, po którym spotkał mnie SLAPP (czego wynikiem są m.in. działania prokuratury).


Strategic Lawsuit Against Public Participation – Strategiczne Pozwy Przeciwko Partycypacji Publicznej) to bezzasadne pozwy sądowe wytaczane przez korporacje, polityków lub instytucje dziennikarzom, aktywistom i organizacjom w celu zastraszenia ich, uciszenia krytyki oraz zablokowania debaty publicznej. Są to długotrwałe i kosztowne procesy mające wywołać „efekt mrożący”.  SLAPP ma na celu cenzurowanie, zastraszanie i uciszanie krytyków poprzez obarczanie ich kosztami obrony prawnej aż do momentu, gdy porzucą swoją krytykę lub sprzeciw.


Publikuję również fragmenty zeznań dwóch pracowników sądu (więcej świadków nie było) oraz moje. Proces był jawny.


Wyrok ogłosi jutro SSR Piotr Mgłosiek.


***

 

ZGNILIZNA


Złapał mnie za buzię, zakrył mi usta dłonią. A drugą ręką przycisnął mnie do toalety. Byłem sparaliżowany, stałem nieruchomo, bałem się. On zaczął się masturbować.


Zrzucił kąpielówki. Jedną ręką się masturbował, a drugą trzymał mnie za usta. W połowie masturbacji kazał mi przysiąść i włożył mi swojego członka do ust. Trzymał mnie za głowę. Potem mnie odwrócił i lekko mi włożył członka do odbytu. Czułem ból. Na pewno go czułem. Ten mężczyzna miał wytrysk, był on u mnie na brzuchu. Trwało to może 15 minut. Następnie mnie puścił, włożył spodnie i kazał siedzieć cicho – tak zeznawał jedenastoletni Grześ w obecności sędziego, prokuratora, biegłego psychologa oraz adwokata wówczas jeszcze podejrzanego Przemysława K.

 

Nim został ofiarą gwałtu nie miał jednak pojęcia o nazewnictwie praktyk seksualnych i całym brudzie języka, jakiego będzie musiał używać do określenia tego, co mu złamało dzieciństwo.

 

Siedź cicho i się zamknij

 

Jest sobota,16 lipca 2022 roku. Środek lata. O 11.00 Grześ z mamą, rodzeństwem i znajomymi rodziny wchodzi do Aquaparku przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu. Baseny są bardzo popularne i w sezonie korzysta z nich mnóstwo ludzi. Chłopiec kocha pływać, posiada kartę pływacką i większość czasu przebywa w wodzie. Mama każe mu meldować się co pół godziny. Ma już 11 lat, dlatego za potrzebą idzie do męskiej toalety. Potem opowie bliskiemu znajomemu, którego nazywa wujkiem, że jakiś mężczyzna zrobił mu krzywdę. Wepchnął do kabiny, zakrył mu usta i zgwałcił. Dziecko nie bardzo rozumie, co się stało. Z natury nieśmiałe, jest przerażone i w szoku.

 

„Nie zapomnę do końca życia, jak mój syn, który nie jest w stanie wypić z brudnej szklanki, kucnął przy brodziku, zamoczył dłoń w wodzie i otarł nią usta” – powie potem matka.

 

Grześ dobrze zapamiętuje sprawcę: łysy, brodaty, okulary pływackie przewieszone na szyi, jasnozielony ręcznik, czarne, krótkie bokserki.

 

Matka, powiedzmy, że ma na imię Maria, prowadzi syna do punktu medycznego i prosi o „zabezpieczenie dziecka” (jak mówią akta).

„Na miejscu nie znaleźliśmy pomocy, więc zadzwoniłam pod 112” – zezna później. Ratownik będzie zadawał jej pytania, na które nie zna odpowiedzi, na przykład, w którym kierunku mężczyzna odszedł.

 

Kobieta ubiera więc kurczowo uczepionego jej chłopca, wychodzi do hallu i czeka na przyjazd policji. Jest około godziny 14.00, kiedy pojawiają się śledczy. Zabezpieczają monitoring i zdejmują ślady ze ścian toalety. Zabierają Marię i dziecko na najbliższy komisariat przy Ślężnej. W tym czasie dyrekcja Aquaparku przytomnie prosi psycholożkę Monikę Rybak o objęcie chłopca opieką. Kobieta jedzie w ślad za nimi.

 

„Był wystraszony, samoczynnie leciały mu łzy. Starałam się by zrozumiał, że to nie była jego wina. Bał się, bo ten mężczyzna powiedział na koniec „siedź cicho i się zamknij”.

 

Psycholożka obserwuje rozpacz matki, która nie daje rady opanować płaczu. Na policję dociera ojciec chłopca. Nie było go na basenie, obwinia się, że nie ochronił syna.

 

Psycholożka wielokrotnie potem będzie rozmawiała z rodziną, raz odwiedzi ich w domu.

 

„Przemoc seksualna to dramat, potworne przeżycie, w wieku dorastania tym bardziej. Jest to taka trauma, że trudno, żeby to nie miało konsekwencji w dalszym życiu” – powie potem śledczym.

 

Chłopiec rozpoznaje sprawcę na nagraniach kamer. Potem jeszcze na zdjęciach z monitoringu.

 

Z komisariatu rodzice jadą z Grzesiem na pobliski SOR, by przebadać dziecko i zabezpieczyć materiał biologiczny do analizy. Chłopca ogląda między innymi dr Marcin Gęsicki, medyk sądowy. Pobiera od niego materiał genetyczny i zapisuje, że dziecko ma podbiegnięcie krwawe na lewym policzku, otarcie błony śluzowej dolnej wargi, siniaki na lewej łopatce i barku oraz na prawym ramieniu i podudziu. Potem będzie argumentował, że wszystkie te ślady są następstwem przemocy i dociskania dziecka do kabiny toalety.

 

W tym czasie rusza policyjna pogoń za sprawcą.

 

Za zgodą

 

Po obejrzeniu monitoringu policja zwraca się do Benefit Systems z prośbą o udostępnienie listy osób, które 16 lipca weszły na teren Aquaparku między godziną 12.16 a 12.30. Mężczyzną rozpoznanym przez chłopca okazuje się Przemysław K., lat 43, pracownik Banku Millenium, który miał kartę Multisport i był częstym bywalcem obiektu. Śledczy nie zastają go pod adresem zamieszkania, więc przeglądają portale społecznościowe. Znajdują jego profil na Instagramie, gdzie w relacji wrzuca, że jest w Browarach Mieszczańskich przy ulicy Hubskiej. Trwa tam Wrocławski Bazar Smakoszy. Przyjeżdżają, ale mężczyzna zdąży już zmienić miejsce pobytu. Wracają więc pod adres zamieszkania (na jednej z ulic koło Aquaparku). Namierzają go w bloku, na klatce schodowej. Jest godzina 21.00. W domu zastają też jego przyjaciółkę Alicję W. Zabezpieczają laptopa i inne nośniki oraz telefon, na którym znajdują między innymi filmiki nagrywane z ukrycia, a na nim dzieci na basenie w kąpielówkach. Oko kamery skupia się na ich częściach intymnych. Zdjęcia są robione również pod wodą.

 

„Ten chłopak stał przed toaletą i chciał mnie przepuścić, bo obok była nieczynna. Wszedł pierwszy, wyszedł i wtedy nie wiem, dlaczego, ale zapytałem go czy chce wejść ze mną” – relacjonuje Przemysław K. policjantom.

Dobrze – miało odpowiedzieć dziecko.

Potem K. bez mrugnięcia okiem opisuje, jak przy zgodzie chłopca uprawiali razem seks. Szczegóły pominę, bo najwyraźniej pomylił jedenastolatka z dorosłym mężczyzną. Twierdził, że nie doszło do żadnej przemocy, a wszystko odbyło się za zgodą dziecka.

 

Po pobraniu DNA okaże się, że jego materiał biologiczny znajdował się w i na ciele chłopca.

 

Biegły seksuolog rozpozna u niego tak zwaną efebofilię homoseksualną, polegającą na tym, że kontakty z nieletnimi stanowią substytut preferowanych kontaktów z dorosłymi partnerami. Seks z nieletnim jest więc formą zastępczą.

 

Przemysław K. będzie przekonywał śledczych, że interesuje się nastoletnimi chłopcami a nie dziećmi, a Grześ wyglądał mu na 13 lat.

 

„Zdaję sobie sprawę, że mam problem, ale nie wyobrażałem sobie pójść do kogokolwiek i o tym powiedzieć. Nie miałem odwagi. Miałem myśli samobójcze. Wiem, że zrobiłem chłopakowi psychiczną krzywdę, ale nigdy nikogo nie skrzywdziłem”.

 

Biegli ustalili, że K. oprócz pornografii z udziałem dzieci miał na komputerze zainstalowaną przeglądarkę, umożliwiającą anonimowe korzystanie z Internetu oraz kamuflowanie własnego adresu IP.

 

W ten sposób zakładał maskę i wychodził na żer.

 

94 minuty

 

18 lipca prokurator stawia Przemysławowi K. zarzuty zgwałcenia dziecka oraz posiadania pornografii z udziałem małoletnich i rozpoczyna postępowanie przygotowawcze. Mężczyzna trafia do aresztu, wstępnie na trzy miesiące. Sąd jest tutaj bezwzględny i konsekwentnie odrzuca wszystkie prośby rodziny K. (zwłaszcza siostry) o kontakt czy rozmowę telefoniczną. Odrzuca też wniosek obrońcy (który zgłasza się już dzień po zdarzeniu) o zwolnienie z aresztu.

 

Okazuje się, że tego samego dnia, w którym zrobił krzywdę dziecku, Przemysław K. zaczął czyścić swój laptop. Śledczy dopatrzyli się też, że przebywał w Aquaparku łącznie 94 minuty, z czego aż 54 w strefie natrysków i toalet. Na chwilę wymknął się też pod prysznice dla dzieci. Potem sąd podkreśli, że nie przyszedł tam korzystać z basenów czy zrelaksować się, lecz „w określonym celu zaspokajania potrzeb seksualnych, co znalazło finał w zgwałceniu dziecka”.

 

Na wniosek prokuratury w areszcie pobierają mu krew do badań na HIV i choroby weneryczne. Na szczęście dla dziecka okaże się zdrowy.

 

Przemysław K. trafia do Aresztu Śledczego w Opolu, do jednoosobowej celi. Żeby doczekał sprawiedliwości, system więzienny musi go chronić, bo gwałt na dziecku stawia uwięzionego pedofila najniżej w hierarchii, co mogłoby skończyć się znęcaniem i agresją ze strony innych osadzonych.

Dużo czyta, układa puzzle, kostkę Rubika i koloruje obrazki.

 

Grzeczny

 

Kurator sądowy sprawdza środowisko rodzinne gwałciciela. Przemysław K. przez 13 lat wynajmował mieszkanie na wrocławskich Krzykach, ale pochodzi z małej wsi województwa mazowieckiego. Rodzice – rolnicy – oprócz niego mają jeszcze córkę.

 

„Jest człowiekiem wyjątkowo wrażliwym na ludzką krzywdę i zawsze pomocnym innym. Według matki „muchy by nie skrzywdził a co dopiero nieletnią osobę” – odnotowuje kurator.

 

Od 2001 roku ma partnerkę, Alicję W., z którą wychowuje jej szesnastoletniego syna. Alicja podejrzewa, że problemy Przemysława K. wynikają z działań osób bliskich kierowcy taksówki, który spowodował wypadek i od którego teraz Przemysław stara się o odszkodowanie ze względu na liczne złamania i rehabilitację. Mieszkańcy wsi mówią o nim: grzeczny i posłuszny rodzicom, miły chłopiec. Najlepszy uczeń, świadectwa z czerwonym paskiem, spokojny i wrażliwy. Ogólnie – bezkonfliktowa, wzorowa rodzina.

Przemysław K. kończy Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu i zaczyna pracę w bankowości. Jest bardzo dobrym, oddanym pracownikiem z dyplomami za osiągnięcia zawodowe. Nie pali, nie nadużywa alkoholu. Nikt nie wierzy w jego winę.

 

Biegłemu badającemu go w areszcie powie jednak o swojej rodzinie zupełnie co innego.

 

„Ojciec był alkoholikiem, matka ostatnio dołączyła do niego, trzymała się długi czas, ale pije razem z nim. Całe życie byłem poniżany przez ojca, bity, moja samoocena to zero, zawsze byłem najgorszy, za wszystko dostawałam lanie”.

 

Instynkty, jakie nim targają nazywa zgnilizną i męczy się sam ze sobą. Nikomu nie przyznał się, że jest gejem (wiedzieli tylko jego siostra i szwagier). W banku funkcjonował jako partner Alicji W.

 

„Ciągle udawałem przed znajomymi z pracy. Kojarzyli moją przyjaciółkę, w pewnym momencie nie mogłem się z tego wycofać. Czerwiec tego roku to była równia pochyła. Przestałem widzieć sens w swoim życiu. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem we Wrocławiu był most Grunwaldzki i stwierdziłem, że ostatnią rzeczą jaką zobaczę też będzie ten most. Byłem tam, stałem na poręczy, ale zszedłem. Nawet nie umiałem tego zrobić i to mnie jeszcze bardziej zdołowało”.

 

Powie jeszcze, że szukał pomocy u psychologa (trzy wizyty online), a potem zdarzył się ten lipiec.

 

Nie do końca jednak tak było. Śledczy przeglądając jego telefon natknęli się na smsa o treści: „Dzisiaj ruszył rejestr pedofilów, jesteś już tam?”. Wiadomość pochodziła z 2018 roku. Ustalili, do kogo należy numer. Właścicielem okazał się Andrzej S., pracownik Banku Millenium. Chodzili razem na piwo.

 

„Powiedział mi, że ma słabość do młodszych chłopców. Zażartowałem, że mam nadzieję, że do pełnoletnich, bo po poniżej 15 lat idzie się siedzieć” zezna później odnaleziony przez policjantów kolega Przemysława K.

Ale nie przyzna się, że wysłał tego smsa.

 

Doda tylko jeszcze, że był zniesmaczony wyjazdami K. na osiemnastki młodszych kolegów.

 

Rycerz Jedi

 

Słuchana przez prokuratora Maria, matka Grzesia opowiada, jak wielkie spustoszenie gwałt zrobił w psychice jej syna. Dotychczas pozytywne i wesołe dziecko boi się wchodzenia do wody, ma awersję do łysych mężczyzn z brodą, koszmary, że człowiek, który go skrzywdził przychodzi zabić jego i jego rodzinę. Psycholog uczy go technik oddychania, gdy ma ataki paniki, jak widzi osobę podobną do sprawcy. Panika zdarza się często. Boi się, że dzieci ze szkoły, jak dowiedzą się, co się stało, to nie dadzą mu żyć.

 

Zawsze drobniejszy i mniejszy od kolegów, dobry uczeń, nigdy nie wchodził w konflikty.

 

„Pytał mnie, co to jest pedofilia, dlaczego nasienie jest białe, czy można nie odczuwać pociągu seksualnego. Jest bardzo delikatnym chłopcem, nie miał nigdy doświadczeń intymnych. Był przerażony, że się nie bronił, bo sparaliżował go strach” – mówi matka.

 

Psycholog tłumaczy dziecku, że osoby w takiej sytuacji mają trzy wyjścia: uciec (co było niemożliwe), walczyć (tym bardziej niemożliwe), albo struchleć. I to zamrożenie było jedyną reakcją, którą mógł w sobie wyzwolić, więc nie wolno mu się za to obwiniać.

 

Rodzina ogranicza kontakty ze znajomymi, zwłaszcza z tymi, z którymi była w Aquaparku. Bo dziecko się wstydzi. Całymi dniami siedzi zamknięte w pokoju. Nie chce wychodzić, na wakacjach na plaży mimo upału siedzi w koszulce i spodniach.

 

Maria: „Nasze życie od tamtej pory stanęło na głowie. Jesteśmy w terapii całą rodziną. Syn przyjmuje leki antydepresyjne. Zaczął się samookaleczać i ma myśli samobójcze. Lekarze podejrzewają zespół stresu pourazowego. Kontaktowaliśmy się też seksuologiem. Pytaliśmy, jak można odwrócić wpływ tego zdarzenia na rozwój dziecka. Seksuolog powiedział, że to jest proces, że najgorzej będzie jak wejdzie w okres dojrzewania i spotka miłość.

Syn twierdzi, że jest jak rycerz Jedi, że nie ma emocji, ale ja wiem, że to jest tylko skorupa, żeby się obronić przed tym, co mu się przytrafiło”.

 

Impuls

 

31 marca 2023 roku Przemysław K. słyszy akt oskarżenia. Sprawa rusza 5 maja. Proces toczy się z wyłączeniem jawności.  

 

Grześ jest przesłuchiwany w obecności biegłych psychologa i psychiatry. Sąd nagrywa jego zeznania.

 

„Złożenie ich wiele go kosztowało, a niektóre elementy zajścia trzeba było z niego niemal wydobywać z powodu przeżywanego stresu i zażenowania” – czytam w aktach.

 

Biegli stwierdzają, że K. wykazuje nieprawidłowe cechy osobowości (borderline), ale jest poczytalny i może odpowiadać przed sądem.

 

„Żałuję tego co się stało, bo wiem, że skrzywdziłem tego chłopaka, do końca życia będzie przeze mnie skrzywdzony. Żałuję, że wtedy nie zastanowiłem się nad konsekwencjami tego co robię, bo gdybym pomyślał, to bym wyszedł. To co się wydarzyło było w amoku. To był impuls. Nie jestem w stanie tego wytłumaczyć” – powie na swoje „usprawiedliwienie”.

 

Ale jednocześnie do końca nie przyzna się do użycia siły.

 

„To nie była przemoc. Ja go do niczego nie zmusiłem. Spytałem go a on się zgodził. To jest karalne, bo jest poniżej piętnastego roku życia. Tak działa polskie prawo. Wydaje mi się, że w dzieciństwie byłem molestowany przez dziadka. To są strzępki wspomnień, że dziadek każe mi, żebym go dotykał po genitaliach. Takie wspomnienie mam od zawsze, ale wyparte”.

 

Sprawca nie jest w stanie odpowiedzieć, dlaczego wybrał akurat tego chłopca, choć z kamer monitoringu wynika, że kręcił się po Aquaparku i obserwował otoczenie. Przemysław K. na sali sądowej prosi jednak Grzesia o wybaczenie. Dziecko od chwili gwałtu nigdy już nie spotkało się z nim twarzą w twarz. Nie spotkało się też więcej z samym sobą. Podczas procesu ojciec chłopca powie, że syn wycofał się w głąb własnego cierpienia i ciężko z nim nawiązać kontakt.

 

„Na mnie to też mocno wpłynęło. Jedynym miejscem, gdzie mogę sobie odreagować to prysznic, bo tam nie widać, że płaczę” – opowiada mężczyzna a po policzkach lecą mu wodospady łez. Próbował z synem rozmawiać o tym, co się wydarzyło, ale rozpacz chłopca nie dopuściła go ani na krok.

 

Psycholożka pracująca z Grzesiem powie, że u dziecka wystąpiły objawy zespołu stresu pourazowego (PTSD). Poczucie pustki, złość, smutek, autoagresja.

 

„Musiałam ustabilizować jego emocje, jak i emocje i odczucia całej rodziny. U wielu osób z PTSD osobowość trwale się zmienia i są jak puste skorupy: bez emocji, bez odczuwania przyjemności ani szczęścia”.

 

Chłopiec opuszcza się w nauce, stracił poczucie własnej wartości, ma problem z akceptacją swojego ciała i trudności w kontakcie z rówieśnikami.

 

„Nigdy nie wiemy, kiedy te wydarzenia do niego wrócą. Pewnie podczas pierwszej miłości i stosunku, i wtedy Grześ może być zmuszony wrócić na terapię” – podsumowuje psycholożka.

 

Zbrodnia

 

1 sierpnia 2023 w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu (III Wydział Karny) zapada wyrok. Przemysław K. dostaje w sumie 10 lat pozbawienia wolności za gwałt i posiadanie pornografii z udziałem dzieci. Ponadto musi zapłacić ofierze sto tysięcy złotych nawiązki. Sąd wydaje mu też (kiedy K. już wyjdzie z więzienia) zakaz przebywania na terenie basenów publicznych oraz szkół i przedszkoli przez kolejną dekadę. W tym czasie nie wolno mu też kontaktować się z dzieckiem i jego rodziną, a także zbliżać do chłopca na odległość 50 metrów. Sąd na 10 lat zabrania również Przemysławowi K. zajmowania wszelkich stanowisk i wykonywania działalności i zawodów związanych z opieką, wychowaniem, edukacją i leczeniem małoletnich.

 

Obrońca gwałciciela wnosi apelację. Pisze, że sprawca nie był karany, przeżył molestowanie w dzieciństwie przez dziadka, ma nieposzlakowaną opinię i cechy osobowości borderline. Argumentuje też, że jego śladów DNA nie znaleziono w odbycie dziecka oraz (bezskutecznie) apeluje o zmniejszenie kary finansowej do pięćdziesięciu tysięcy.

 

Apelacja jednak – podobnie jak sąd pierwszej instancji – staje w obronie Grzesia. Brak śladu – mówi – nie oznacza, że takiego kontaktu nie było (woda, basen, niektórych dowodów biologicznych nie udało się zabezpieczyć).

Wierzy skrzywdzonemu chłopcu odrzucając wszystkie argumenty obrony.

 

„Fakt, że Przemysław K. był molestowany tylko zwiększa stopień zawinienia, bowiem wie, jakie są konsekwencje i skutki takiego zachowania” – pisze sędzia Jarosław Mazurek.

 

Gwałt na dziecku nazywa zbrodnią.

 

Nim 13 grudnia 2023 wyrok się uprawomocni, Grześ w trybie nagłym trafi na oddział psychiatryczny dla dzieci i młodzieży jednego z dolnośląskich szpitali. Okalecza się i nie chce żyć. Ma problemy ze snem, nie je. Odmawia też posiłków w szpitalu. Lekarzom zajmuje półtora miesiąca nawiązanie z nim relacji i wdrożenie pomocy. Psychika dziecka nękana wspomnieniami broni się cynizmem i negacją wszystkiego i wszystkich. Powoli jednak stan chłopca poprawia się. Zaczyna jeść i nawiązywać kontakt ze światem. Wychodzi ze szpitala pod koniec października.   


Niech mi go pani pokaże

 

Po zapadnięciu wyroku dla Przemysława K. w mediach nie pojawiła się na ten temat żadna informacja. Przeszukując internet natknęłam się jedynie na etap, kiedy K. wylądował w areszcie zatrzymany na trzy miesiące.

 

Nikt nie zainteresował się losem skrzywdzonego chłopca i znieczulicą pracowników Aquaparku. 

 

Napisałam ten reportaż, ponieważ dzień przed Sylwestrem 2025 roku w saunarium wrocławskiego Aquaparku przy ulicy Borowskiej, sama padłam ofiarą molestowania seksualnego.

Mężczyzna siedzący obok mnie w zewnętrznym basenie dotykał mnie w miejscu intymnym. Zorientowałam się, gdy masaż wodny zaczął być zbyt agresywny i włożyłam rękę między nogi chwytając za męskie łapsko. Wołanie ochrony było bezskuteczne: przy basenie nie kręcił się żaden pracownik. Nie było również ratownika.


Mężczyzna zaskoczony moim krzykiem spojrzał na mnie i spokojnie wyszedł z basenu. Nikt nie zareagował.


Pokonując wstyd, upokorzona, roztrzęsiona i ociekająca wodą domagałam się interwencji przy kasach. Pracownik ochrony zrobił ze mną krótki spacer bez wychodzenia na teren zewnętrzy obiektu, po czym powiedział:

„Jak pani zobaczy tego mężczyznę, to niech pani nie krzyczy, tylko przyjdzie i mi go pokaże”. I sobie poszedł.


Napisałam do rzeczniczki Aquaparku z żądaniem zabezpieczenia monitoringu.

„Bardzo nam przykro z powodu tego, co panią spotkało” – odpowiedziała Adrianna Pawlicka. „Zapewniamy, że nasz obiekt ma odpowiednie procedury bezpieczeństwa. W strefie saunarium w czasie zgłoszonego przez panią zdarzenia znajdował się ratownik oraz saunamistrzowie. Pracownik ochrony zareagował od razu po wezwaniu przez obsługę kas oraz udzielił pomocy”.


Odpisałam: „Pracownik ochrony nie udzielił mi pomocy tak, jak powinien to zrobić, tylko najpierw zapytał GDZIE BYŁAM DOTYKANA. A następnie przeszedł się ze mną po saunie (a nie po całym terenie) i powiedział, że jak zauważę człowieka to mam przyjść i mu zgłosić. Rozumiem, że jako ofiara molestowania miałam sama wypatrywać zboczeńca. A potem mokra i ubrana tylko w podomkę znów zawitać do hallu. Nie macie od lat odpowiednich procedur bezpieczeństwa, a z pewnością reagowania na przemoc seksualną. Dodam jeszcze tylko, że zadaniem ratownika, jak sama nazwa wskazuje, jest ratowanie, a saunamistrza - praca w saunie. O tym, gdzie jest miejsce waszej ochrony powinniście wiedzieć sami. Bo z pewnością nie za kasami w hallu”.


Ale odpowiedzi już nie było.


Sprawę zgłosiłam na policję. Funkcjonariuszka, która mnie przyjmowała, powiedziała, że Aquapark od lat walczy z policją.

- Jak to walczy? – zapytałam.

- Mają swój wewnętrzny regulamin i my nie możemy im mówić, jak powinni pracować.

 

Trzysta kamer


Zamieściłam ostrzeżenie na jednej z wrocławskich kobiecych grup na fb. Jak się okazało - nie jestem jedyną ofiarą złego dotyku. Mało tego: jedna z kobiet napisała, że na terenie Aquaparku w 2022 roku mężczyzna zgwałcił jedenastoletniego chłopca.


Zaczęłam sprawdzać.


Media pisały o tym tylko na etapie informacji (aresztowania sprawcy na trzy miesiące). Nie doszukałam się, czy sprawca został ukarany i jaki był rozmiar tej kary. Za to Aquapark wydał oświadczenie, że pouczył pracowników, aby wnikliwie obserwować teren obiektu. Jest tam 300 kamer, nie ma ich tylko w toaletach i przebieralniach.„Ponadto teren strzeżony jest przez wyspecjalizowaną firmę ochroniarską, a na terenie basenów rekreacyjnych jednym z zadań ratowników i personelu sprzątającego jest monitorowanie sytuacji na basenie — mówił mediom ówczesny rzecznik Patryk Załęczny.

- Po całym zajściu, wobec którego toczy się nadal śledztwo, spotkaliśmy się z całym personelem, aby porozmawiać o bezpieczeństwie na terenie obiektu i jeszcze bardziej uczulić osoby na konkretnych stanowiskach, by zwracały szczególną uwagę na okolice, gdzie nasze kamery z racji prawa nie mogą być włączone”.


Postanowiłam sprawdzić, co wydarzyło się na terenie basenów w lipcu 2022 roku i jak wówczas sprawdziły się procedury Aquaparku.


Zwróciłam się więc do Sądu Okręgowego we Wrocławiu najpierw z prośbą o ustalenie sygnatury akt i pytaniem, jaki finał miała sprawa. A następnie poprosiłam o wgląd, zobowiązując się do zachowania w poufności wszelkich danych wrażliwych w opisaniu sprawy.

„Mam doświadczenie w pracy nad takimi tematami, a zapoznanie się z tymi aktami jest mi niezbędne do rzetelnego zgłębienia tematu” – dodałam.


Osiem tomów


Proces toczył się z wyłączeniem jawności, ale sąd zezwolił mi na przeczytanie akt. Przejrzałam i wynotowałam osiem tomów w pięć godzin. Chłopiec w chwili zdarzenia miał 11 lat, a krzywda, którą wyrządził mu wykwalifikowany pracownik Banku Millenium zostanie z nim na długie lata. A może na całe życie. Napisałam o tym reportaż na Patronite, uznając temat za społecznie bardzo ważny, załączając wypowiedzi kobiet, które napisały do mnie po opublikowaniu przez mnie ostrzeżenia na jednej z lokalnych grup kobiecych na fb. Okazuje się, że w obiekcie często dochodzi do nadużyć seksualnych, a basen przed saunarium jest niczym bajoro pełne krokodyli:

 

„Też niestety mnie to spotkało, dokładnie w tym samym basenie”.

 

„Niestety też miałam tam podobną sytuację, policja wezwana itd. A typ przy mnie wyszedł, jak gdyby nigdy nic. Ochrona stwierdziła, że nie mogą go zatrzymać”.

 

„Kiedyś miałam podobną sytuację, tylko zabrakło mi odwagi, żeby krzyczeć czy zgłosić to”.

 

„Byłam w tym roku z rodziną w Aquaparku i poszłam sama do sauny. Wchodziłam z basenu, więc zostawiłam strój kąpielowy tam, gdzie wszyscy – na półkach. Jak wróciłam po 15 minutach - był tam tylko mój stanik. Pan w saunowej recepcji powiedział mi, że nowe mogę kupić przy wejściu. Wyszłam wkurzona i powiedziałam mamie. Po dziesięciu minutach wróciłam wciąż niedowierzając i moje majtki nagle znalazły się na samym środku półki. Tylko, że były ujebane białą, przezroczystą mazią. Tym razem pan i pani w recepcji powiedzieli, że im przykro i dali wizytówkę, żebym złożyła skargę. Jak pokazałam gacie, to pani dostała odruchu wymiotnego. Powiedziano mi, że to nie pierwsza taka lub podobna sytuacja, ale nie mają kamer, więc nic nie mogą zrobić. Ostatecznie nawet nie złożyłam skargi. Co by mi to dało.

Więcej tam nie pójdę”.

 

Aquapark, czyli Wrocławski Park Wodny, jest spółką miejską, w której zarządzie (jak wynika z wpisu w KRS-ie) zasiadają Grzegorz Kaliszczak (prezes, absolwent wrocławskiej Politechniki z dyplomem MBA słynnego już dziś Collegium Humanum).

Jako prezes w 2023 roku zarobił ponad 451 tysięcy złotych (czytam w jego rozliczeniu majątkowym za rok ubiegły). W stosunku do roku 2022 uposażenie to wzrosło o ponad 37 tysięcy złotych.

 

Paweł Rańda (wiceprezes, wioślarz, wicemistrz olimpijski, medalista mistrzostw świata i Europy). Ponad 390 tysięcy złotych zarobku za rok 2023 (wzrost o ponad 27 tysięcy w stosunku do poprzedniego).

 

Oprócz tego w KRS-ie widnieje jeszcze dziesięć innych nazwisk, przypisanych do prokury i nadzoru nad tym obiektem, których pensji sprawdzać mi się już nie chce.

 

W każdym razie prezesi przez rok zarobili więcej niż sąd przydzielił na całe życie za krzywdę zgwałconemu dziecku.

 

Możliwość naruszeń

 

Reportaż o gwałcie na dziecku w Aquaparku był na moim profilu na Patronite przez cztery dni. W tym czasie zdążył do mnie zadzwonić rzecznik prasowy Sądu Okręgowego we Wrocławiu Marek Poteralski (jak się potem dowiedziałam – na wniosek prezesa SO Andrzeja Lewandowskiego) z prośbą, bym usunęła tekst. Na moje pytanie, czy są na niego skargi odparł, że jeszcze nie, ale prewencyjnie sugeruje zdjęcie materiału ze stron.

 

Odparłam, że tego nie zrobię, bo na basen przychodzą tysiące rodzin z dziećmi i ten tekst jest dla nich ostrzeżeniem. Poza tym w placówce dochodzi do molestowania kobiet przy braku właściwej reakcji ochrony, co uważam za skandal i opinia publiczna powinna o tym wiedzieć.

 

W tym czasie pod zapowiedzią materiału na moim profilu na fb Iza Michalewicz Reporterka zaatakowali mnie rzecznicy prasowi prezydenta Jacka Sutryka Tomasz Sikora i Agata Dzikowska. Ten pierwszy pisał:

 

„Już wyjaśnię, dlaczego media celowo nie zajmowały się tą sprawą. Ponieważ ich o to poprosiliśmy. Z uwagi na dobro tego chłopca, by nie pogłębiać traumy, nie przywoływać, nie nawiązywać, nie przypominać ofiarom tej sytuacji w przestrzeni publicznej. Chłopiec i jego rodzina otrzymały od Aquaparku wsparcie - psychologiczne i prawne. I dalej mogą na nie liczyć. Wrocławskie media zrozumiały w lot delikatność tej sytuacji. I uszanowały. Wystarczy minimum wrażliwości i wiedzy, by to rozumieć. Nie wiem, co Panią powodowało opisując tę historię i łamiąc dżentelmeńską umowę redakcji. Przykro mi, że spotkało Panią to co spotkało, trzymam kciuki za ujęcie sprawcy. Ale to, co Pani zrobiła publikując historię chłopca z tak wrażliwymi szczegółami jest podłością”.

 

Patronite usunął tekst nawet nie pytając mnie o zdanie i argumentując, że „zgłoszenia wskazywały na MOŻLIWOŚĆ naruszeń w zakresie prawa prasowego oraz publicznego rozpowszechniania informacji prowadzonej z wyłączeniem jawności”.

 

Podkreślam, że na wgląd do akt otrzymałam zgodę sądu i dotrzymałam zasady całkowitej anonimizacji dziecka i jego rodziny.


Sprawy z wyższej półki

 

16 stycznia 2025 roku prokurator Małgorzata Klaus z urzędu wszczęła przeciwko mnie dochodzenie z art. 241 par. 2 kk (ujawnienie informacji z postępowania toczącego się z wyłączeniem jawności).

 

21 i 27 stycznia w tym celu przesłuchała dwóch pracowników Sądu Okręgowego: pracownicę biura prasowego i rzecznika.

 

Dopiero po czterech miesiącach, w kwietniu 2025 dowiedziałam się, co zeznali.

 

Z pracownicą biura prasowego sądu (nazwisko już pominę, bo – jak zeznała – „poczuła się okropnie”, że podziękowałam jej za ustalenie sygnatury sprawy i „moja euforia była nie na miejscu”), współpracowałam przy książce „Ballady morderców. Kryminalny Wrocław”. Od marca 2018 roku szukała mi sygnatur spraw karnych i doskonale wiedziała, w jaki sposób pracuję. Byłam jej bardzo wdzięczna za pomoc i zwyczajnie ją polubiłam.

 

27 kwietnia 2026 dowiedziałam się z jej zeznań w sądzie, że interesowałam się „głośnymi sprawami z wyższej półki” a nasza współpraca układała się bez zarzutu.

Po czym pani dodała:

„Przy mnie udostępniono jedną sprawę na potrzeby pisania przez nią książki” oraz „nie przypominam sobie, bym miała większą liczbę kontaktów mejlowych czy telefonicznych z oskarżoną. Może coś było, ale nie pamiętam”.

 

No to ja pani przypomnę, że od 2018 roku wymieniłyśmy ze sobą PRAWIE STO MEJLI w związku z moją pracą (specjalnie zajrzałam do poczty). Nie licząc tych, które po drodze pewnie usunęłam, bo nie były istotne.

 

Miło mi, że przynajmniej przyznała pani, że wyglądałam na osobę znającą się na swojej pracy i że „nie był to rodzaj dziennikarza debiutującego, który zaczyna i porusza się niepewnie”.

 

Tymczasem wcześniej w prokuraturze czytam zeznania:

 

„Wstrząsające, że ta sprawa została opisana w tak szczegółowy sposób. W moim odczuciu artykuł był bardzo niebezpieczny dla chłopca i mógł jakby pogorszyć sytuację jego i jego rodziny”.

 

Do dziś nie wiem, na jakiej podstawie pracownica biura prasowego tak uznała. Prokurator z Warszawy, któremu pokazałam materiał był zaskoczony reakcją wrocławskich organów ścigania i w żaden sposób nie dopatrzył się narażenia dziecka i jego rodziny na utratę anonimowości.

 

Tego samego 27 kwietnia zeznawał rzecznik SO we Wrocławiu, sędzia Marek Poteralski:

„Mimo, że w artykule nie było danych osobowych pokrzywdzonego (…) to obawiałem się, czy na podstawie znajomości pokrzywdzonego przez kolegów i koleżanki, jego sytuacji z tamtego czasu, środowisko małoletniego nie dowie się o tym wydarzeniu i nie utożsami go z tym”.

 

Sędzia najwyraźniej nie doczytał, że jak wynikało z akt (i z tekstu) – środowisko rówieśnicze dziecka nie miało takiej wiedzy. Ale jednak dodał:

 

„Jej zdaniem (moim czyli – IM.) ważne jest, żeby przedstawić publicznie ten problem, żeby ludzie i rodzice z dziećmi chodzący na basen, z jednej strony mieli świadomość tego, co się zdarzyło i potencjalnie może zdarzyć. Chciała osiągnąć cel społeczny. Przyznam, sam, jako rodzic, że sytuacja, która miała miejsce, jest dla mnie niewyobrażalna i nigdy idąc z dzieckiem na basen nie myślałem, że trzeba dziecka pilnować, że coś takiego się może wydarzyć”.

 

A po chwili:

 

„Dodatkowo, bez oparcia na faktach pamiętam, że rozmawiałem z dziennikarzami na ten temat i wcześniej oni nie podejmowali tego tematu, uznając, że interes małoletniego jest tak ważny, że nie będą o tym pisać, oczywiście nie zapominając o interesie społecznym”.

 

Epilog

 

W kwietniu ubiegłego roku zeznawałam w prokuraturze na temat swojej publikacji. Towarzyszył mi (i robi to do dziś) mecenas Piotr Płaksej (za co bardzo dziękuję!). I to był jedyny raz, kiedy mogłam się wypowiedzieć.

 

Na pierwszej rozprawie sędzia Piotr Mgłosiek zarządził wobec mnie badanie przez biegłych psychologów, któremu się poddałam (opinii nie znam do dziś), ponieważ dowiedział się, że od 24 lipca 2025 jestem pod opieką lekarza psychiatry z depresją i PTSD.

 

Ze względu na uczestnictwo w rezydencji literackiej w Sopocie (08.04-08.06) nie udało mi się stawić na kolejną rozprawę (27 kwietnia br.), na której sąd odrzucił wszystkie moje wnioski dowodowe (m. in. prośbę o opinię biegłego z zakresu medioznawstwa i literatury), ponieważ nie im oceniać, czy popełniłam czyn zabroniony, czy nie. To leży w gestii sądu.

 

Prokurator Małgorzata Klaus wniosła więc o uznanie mnie winną, karę pół roku ograniczenia wolności i prace na cele społeczne (30 godzin miesięcznie) plus zasądzenie kosztów i wymierzenie opłaty (domyślam się, że procesu, ale jakiej opłaty – już nie).

Mój adwokat natomiast o uniewinnienie lub z ostrożności procesowej – warunkowe umorzenie postępowania.

 

15 kwietnia 2025 roku zeznając w prokuraturze powiedziałam między innymi o okolicznościach napisania tego materiału, tłumacząc, dlaczego szczegół, który uwiarygadnia zarówno bohatera jak i autora, jest rusztowaniem reportażu:

 

„Uważam, że sprawa tego chłopca została zamieciona pod dywan, ponieważ media nawet nie poinformowały o wyroku. Czytałam natomiast komentarze w internecie, że chłopiec to sobie wymyślił, cała sprawa to fake, do niczego takiego nie doszło. Część z tych komentarzy, jak zdołałam ustalić pisał pracownik Aquaparku lub osoba związana z placówką. Skandalem jest, że media nie podały wyroku do publicznej wiadomości, co budzi tego typu insynuacje, usypia czujność kolejnych rodziców, którzy przychodzą do Aquaparku ze swoimi dziećmi. Uprawiam zawód służebny a nie usługowy, w związku z tym służę temu społeczeństwu swoją pracą. Ten materiał był częścią mojej służby”.

 

Ps. Mężczyzna, który wykorzystał chłopca nazywa się Przemysław Kowalczyk i figuruje w publicznym rejestrze przestępców seksualnych.

 

Sprawa molestowania mnie w Aquaparku przez nieznanego mi mężczyznę została umorzona na etapie postępowania przygotowawczego z powodu niewykrycia sprawcy.

 

Sopot, 05.05.2026

 

***

 

Jeśli moja praca jest dla Ciebie ważna, zasubskrybuj mnie proszę na:

 

Albo odwiedź na:

 

Miło mi będzie, jeśli zasubskrybujesz również mój podcast BAŚNIE UDOKUMENTOWANE


DZIĘKUJĘ.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
 
 

Komentarze


bottom of page